Masyw Toubkala zajadle bronil nam wejscia na swoj wierzcholek. Od samego poczatku mamy fatalna pogode - pada snieg, gory tona w chmurach, wieje mocny wiatr. Juz za schroniskiem Toubkal idziemy po sniegu o stromym spadku - bardzo przydaja sie raki. Im wyzej, tym gorzej. Snieg zamienia sie w ostry, zacinajacy grad. Coraz mocniej wieje wiatr. Potem jest bardzo strome wejscie na przelecz pod Toubkalem. Snieg mokry i zlodowacialy. Wyzej zaczynaja sie przykryte sniegiem piargi. Tempo mamy jednak dosc szybkie. Wprawdzie idziemy powolnym, miarowym krokiem, ale z powodu zlej pogody rzadko sie zatrzymujemy. Widocznosc bardzo slaba, nie przekracza kilkunastu metrow. Poruszamy sie wsrod pietrzacych sie wszedzie wysokich gor, glebokich dolin, przepasci, ktorych w ogole nie widzimy. Ukryte za sniezna zaslona, zdaja sie nie istniec. Swiat konczy sie dla nas w promieniu kilkunastu metrow, reszta jest tylko w sferze domyslu. "Afryka", mysle, przeklinajac w duchu, gdy palce grabieja mi z powodu mrozu. I wtedy, po mniej wiecej 4 godzinach od wyjscia ze schroniska docieramy do metalowego trojkata - szczyt Toubkala ! Nareszcie... Jestesmy na szczycie. Zdobylismy najwyzsza gore Wysokiego Atlasu, Maroka i w ogole Afryki Polnocnej - 4167 m n.p.m. Zapominamy o sniegu, wietrze i mgle. Po to tu przyjechalismy...
Droga powrotna jest rownie trudna, co wejscie na szczyt, ale glownie z powodu zadymki snieznej. Snieg i lod pokrywaja mi okulary, prawie nic nie widze. Ide z poczatku niemal po omacku, wiec dosc szybko zdejmuje okulary. Bez nich jest zdecydowanie lepiej. Schodzenie z gory idzie nam bardzo szybko, nie wiecej niz dwie godziny. Wprawdzie wchodzac na szczyt zdjalem raki na przeleczy pod Toubkalem, zeby nie polamac ich na kamieniach, ale z gory od samego szczytu schodze w rakach. Raki sa w tych warunkach naprawde niezbedne.
Mija tydzien, od kiedy wyjechalismy z Polski i wyladowalismy w Maroku. Nasza wedrowke po tym polnocnoafrykanskim kraju rozpoczelismy prawie z poziomu morza, w Casablance, a po tygodniu znalezlismy sie w jego najwyzej polozonym punkcie. Poczatkowo Casablanke potraktowalismy tranzytowo. Po przylocie pojechalismy do centrum, przenocowalismy w hotelu kolo dworca kolejowego, by nastepnego ranka pojechac pociagiem w glab kraju, do Marrakeszu.
Marrakesz byl nasza brama wjazdowa w gory Wysokiego Atlasu, a potem, po powrocie z gor - na pustynie. Zaglebialismy sie w labirynt uliczek jego bazaru - suku, popijajac wspanialy sok pomaranczowy przygladalismy sie wystepom sztukmistrzow na centralnym placu Dzemaa el-Fna i podziwialismy zabytki. Z kazdego punktu w miescie widac przede wszystkim 70-metrowej wysokosci minaret meczetu Kutubijja z XII w. Warto odwiedzic tez ukryte w zaulkach grobowce Saadytow, uznawane za jeden z najwspanialszych przykladow marokansko-andaluzyjskiej sztuki dekoracyjnej. Ciekawe, ze te zbudowane w XVI-XVIII w. zostaly ponownie odkryte dopiero w 1917 roku. Wieczorem udawalismy sie ponownie na plac Dzemaa el-Fna. O tej porze na placu wyrastaly wszedzie uliczne restauracje, kazda skladajaca sie z paru stolow i lawek oraz wielkich kopcow rozmaitych specjalow kuchni marokanskiej. Egzotyczna kolacja pod rozgwiezdzonym niebem byla doskonalym dopelnieniem dnia pelnego wrazen.
W Marrakeszu zakupilismy prowiant potrzebny nam na tydzien trekkingu w gorach. Dojazd do punktu wyjscia, wioski Imlil, zalatwilem wynajmujac minibus z kierowca. Bylo to najlepsze rozwiazanie, w przeciwnym razie musielibysmy jechac autobusem do Asni, a dalej tluc sie ciezarowka do Imlil. Na miejscu czekal juz na nas przewodnik, Ibrahim, jak rowniez kucharz, mlodszy brat Ibrahima - Hussain, i poganiacz mulow, drugi Hussain. Na poczatku Ibrahim zapoznal nas z sytuacja w gorach. Byl koniec kwietnia, w gorach lezalo jeszcze sporo sniegu, zwlaszcza przelecze polozone powyzej 3000 m n.p.m. wciaz zawalone byly sniegiem, przez co byly niedostepne dla mulow. Z tego powodu wedrowka wokol masywu Toubkala nie wchodzila o tej porze roku w rachube (jest to mozliwe tylko latem). My jednak mielismy w planie trekking w rejonie gorskich dolin na polnoc od Toubkala, zas wejscie na jego szczyt zostawilismy sobie na koniec, co zamierzalismy zrobic droga klasyczna, ktorej przejscie nie nastrecza problemow o zadnej porze roku.
Po naradzie zaladowalismy prowiant i bagaze na dwa muly i wyruszylismy. Pierwszego dnia przeszlismy z Imlil do wsi Tacheddirt. Wedrowka nie byla trudna, w wiekszosci przebiegala po gorskiej drodze gruntowej, zwanej po francusku piste. Zajelo nam to 5 godzin. W Tacheddirt zanocowalismy w typowym schronisku - kwaterze prywatnej, tzw. gite. Warunki proste, ale bardzo porzadne - prycze, materace, umywalnia, toalety. Czekajac na kolacje, usiedlismy na dachu - tarasie, skad mozna bylo podziwiac widoki gor, w tym lezaca na poludniu przelecz Tizi Likemt (3550 m). Jest ona jedna z przeleczy na szlaku wokol Toubkala, ale teraz pokryta byla sniegiem. Tego wieczoru Hussain podal nam na kolacje wysmienity kuskus z warzywami.
Drugi dzien trekkingu. Wedrujemy z Tacheddirt na polnoc sciezka dla ludzi i mulow, ktora trawersuje wschodnie zbocze doliny Imenane. Pogoda jest dobra, caly czas swieci slonce i jest cieplo. Trasa nie jest trudna. Po drodze mijamy male wioski berberyjskie i zielone terasy uprawne, ktore na tle pustynnych gor wygladaja jak oazy. Wioski berberyjskie przypominaja posklejane ze soba pudelka. W pewnym stopniu podobne sa do wsi tybetanskich, ale maja odwrotna kolorystyke. Barwa wtapiaja sie w brazowe zbocza, wyrozniaja sie tylko czasem biale minarety meczetow. W jednej z wiekszych wiosek, Amssakrou, robimy dluzszy postoj. Ibrahim prowadzi nas do domu swojego znajomego. Siadamy po turecku na dywanie w pokoju goscinnym i pijemy herbate, przegryzajac bakaliami. Mozemy obejrzec tez dom, a nawet kobiety, ktore zajete sa tkaniem dywanow. Mieszkajacy w tych gorach Berberowie sa pierwotnymi mieszkancami Afryki Polnocnej. Zyja tam od niepamietnych czasow, na dlugo zanim przybyli Arabowie, od ktorych przyjeli islam i niektore zwyczaje. Dzis Berberowie sa mniejszoscia w Maroku, zamieszkujaca gory Atlas i pustynne oazy na poludniu. W dalszym ciagu posluguja sie jednak wlasnym, zupelnie odrebnym jezykiem. Od Arabow roznia sie tez fizycznie.
Nocujemy w gite w wiosce Imskar. Zawsze po przybyciu do miejsca noclegu najpierw dostajemy bardzo slodka herbate do picia, przygotowana przez kucharza, ktory juz na nas czeka i szykuje kolacje. Rowniez gite w Imskar jest bardzo porzadne, jednak tym razem w pokojach sa tylko materace na podlodze zascielonej matami. Na kolacje dostajemy typowo marokanska potrawe - tajin. Jest wiele rodzajow tajinu, a ich wspolna cecha jest to, ze potrawa jest zasadniczo duszona i podawana w specjalnym, glinianym naczyniu, skladajacym sie z dwoch czesci: pierwsza to podstawka, druga - nakrywka w ksztalcie stozka. Wlasnie od nazwy tego naczynia, potrawa nazywa sie tajin. Tym razem sa to pyszne ziemniaki z kurczakiem i warzywami.
Trzeci dzien trekkingu. Z Imskar idziemy sciezka za szkola na niewysoka przelecz i schodzimy do Imi Oughlad, gdzie po kamieniach przekraczamy rzeke Assif n'At Mizane. Nastepnie podchodzimy dwie godziny na przelecz Tizi-n-Tacht i schodzimy do doliny Azzadine. W tej dolinie spotykamy "czerwone" i "czarne" kazby, czyli wioski. Te nazwy biora sie z niewielkich roznic w kolorze domow. Wedrowke konczymy w wiosce Tizi Oussem, po mniej wiecej 6-7 godzinach marszu. Nocujemy w schronisku, ktore teoretycznie ma wyzszy standard, bo jest klasyfikowane i w zwiazku z tym nocleg jest troche drozszy. Warunki sa jednak gorsze niz poprzedniej nocy - pokoje sa male, ciasne i brak elektrycznosci, ale nie mamy wyboru. Rekompensata jest jak zwykle dobra kolacja przygotowana przez Hussaina, ktora jemy w bardzo stylowym saloniku.
Czwarty dzien trekkingu. Po sniadaniu, na ktore Hussain zawsze podaje nam chleb, dzem morelowy, ser topiony, miod, herbate, kawe i kakao, wyruszamy ze schroniska w Tizi Oussem i przez dwie godziny podchodzimy na przelecz Tizi n'Mzik (2489 m). Na przeleczy robimy przerwe. W takich momentach posilamy sie orzechami i suszonymi owocami. Z przeleczy schodzimy do doliny Mizane, w ktorej lezy Imlil. Zejscie jest dosc strome i kamieniste. Do Imlil jednak nie dochodzimy. Po dojsciu do drogi dla samochodow idziemy nia w gore, do Aroumd. Przerwa na lunch, ktory spozywamy za wioska, w ogrodku nad rzeka. Dalsza droga prowadzi przez szeroka doline rozlewiskowa. W kilku miejscach musimy pokonywac wartkie strumienie. Nastepnie sciezka wspina sie na zbocze i trawersuje je na dlugim odcinku. Wedrowke konczymy w malenkiej osadzie Sidi Chamharouch (2310 m), po mniej wiecej 5-6 godzinach marszu.
Pierwotnie planuje nocleg pod namiotami, ale miejsce okazuje sie bardzo male i kamieniste. Moje watpliwosci rozwiewa burza - decyduje sie wziac dwa pokoje w bardzo skromnym gite. Jest to nasz najbardziej egzotyczny nocleg w gorach Wysokiego Atlasu. Pokoje, w ktorych spimy, sa bardzo spartanskie. Spimy na materacach na podlodze. Najwieksze wrazenie robi sufit, ktory wyglada jakby byl poskladany z surowych konarow. Mimo spartanskich warunkow, humory nam dopisuja. Nasz nocleg zostaje od razu "ochrzczony" przez nas jako "marabut", od znajdujacego sie w osadzie mauzoleum swietego pustelnika muzulmanskiego, czyli marabuta. Samo mauzoleum jest bardzo osobliwe - wielki, pomalowany na bialo glaz. Wedlug legendy glaz ten spadl z gor, grzebiac "krola dzinow", Sidi Chamharouch, od ktorego wziela sie nazwa osady. Niestety, nie-muzulmanom nie wolno wchodzic do srodka. Miejsce to jest celem pielgrzymek Marokanczykow, ktorzy chca sie wyleczyc z chorob umyslowych.
Piaty dzien trekkingu. Szlak nie jest trudny. Najciezej jest na poczatku, nad Sidi Chamharouch. Dalej szlak pnie sie lagodnie, trawersujac zbocze. Pare razy przechodzimy po kamieniach przez strumienie. Od rana mamy sloneczna pogode, ale nie jest zbyt goraco, poza tym od czasu do czasu wieje wiatr. Pozniej nadciagaja ciemne chmury znad gor, w kierunku, w ktorym idziemy. Wchodzimy w strefe sniegow. Okolo poludnia uderza w nas burza gradowa. Grad jest wielkosci grochu i mocno zacina. Burza trwa okolo pol godziny. Cale szczescie widac juz z daleka schronisko Toubkal. Na pol godziny przed dojsciem do schroniska zaczynamy isc po sniegu. Snieg jest dosc mokry, poza tym sporo blota. Nasze muly, po dojsciu do schroniska i zostawieniu pod nim naszych bagazy, wracaja na dol do "marabuta" na nocleg. Dla mulow jest zbyt zimno, zeby nocowaly przy schronisku. Maja wrocic po nasze bagaze jutro rano.
Schronisko Toubkal (3207 m), zwane dawniej Neltner od nazwiska zalozyciela, wyglada jak maly zamek, cale z kamienia i z baszta. Jest to jednak nowoczesne schronisko w stylu europejskim. Czyste, jasne, duze. Sale sypialne maja pietrowe prycze i otwarte skrytki na rzeczy. Sa sale jadalne, kuchnia, swietlica, toalety, elektrycznosc. Jedynym minusem jest dosc wysoka cena noclegu, ale innej alternatywy nie mamy. Wokol lezy mokry snieg, sporo blota, jest zimno, choc widoki sa wspaniale. Nie jestesmy przygotowani na nocleg pod namiotami w takich warunkach. Co innego latem...
Szosty dzien trekkingu. Pobudka 4:30 rano. Sniadanie i o 6:00 wymarsz ze schroniska. Idziemy na Toubkal. Od razu zakladamy raki, ktore wypozyczylismy w Aroumd i poprzedniego wieczora dopasowalismy do butow. Mimo bardzo zlej pogody, nasza walka z gora uwienczona zostaje wejsciem na szczyt (4167 m). Po ponad szesciu godzinach od wyjscia ze schroniska, jestesmy w nim z powrotem. Zmeczeni, ale szczesliwi. Odpoczywamy i jemy obiad, ktory przygotowal dla nas Hussain. To jednak nie koniec. Muly juz czekaja pod schroniskiem. Jeszcze tego samego popoludnia schodzimy do Aroumd. Nad dolina kolo Imlil wisza ciemne chmury, ktore groza burza. Kiedy idziemy przez zwirowa doline rozlewiskowa pod Aroumd slyszymy pierwsze grzmoty. Do gite nalezacego do Mohameda, szefa i kuzyna Ibrahima, dochodzimy juz w strugach deszczu. Od 6:00 rano, kiedy wyruszylismy na Toubkal, mija 10 godzin. Dom Mohameda jest jednym z klasyfikowanych gite i jest bardzo duzy, pietrowy, ma elektrycznosc. Z dachu-tarasu rozposciera sie wspanialy widok na Toubkala i doline rozlewiskowa. Troche mgla utrudnia nam widocznosc. Patrzymy na gore, ktora tego dnia zdobylismy. Trudno uwierzyc, ze jeszcze kilka godzin temu bylismy na jej wierzcholku. Wydaje sie taka daleka i nieprzystepna. Na kolacje dostajemy wielki tajin, tym razem kuskus z kurczakiem.
Nastepnego dnia opuszczamy gory. Wracamy do Marrakeszu. Ale nie na dlugo. Juz nazajutrz wynajetym minibusem z kierowca wyjezdzamy z miasta i rozpoczynamy pieciodniowe safari po poludniowym Maroku. Pierwszy etap prowadzi znowu przez gory Atlas. Tym razem przekraczamy je samochodem, przejezdzajac przez przelecz Tizi-n-Tichka. Niedaleko za przelecza skrecamy w boczna droge, ktora zaprowadza nas do kazby Telouet. Byla ona niegdys siedziba poteznego rodu Glawa rzadzacego poludniem Maroka, ale potem popadla w ruine. Okolica jest bardzo pustynna. Kazba Telouet, mimo ze bardzo zniszczona wciaz robi niezle wrazenie. W jej poblizu tetni zyciem spora berberyjska wies.
Po powrocie do glownej szosy, zjezdzamy z gor i powoli wjezdzamy na pustynie. Jest coraz gorecej. Jakis czas pozniej znowu skrecamy w bok, tym razem do slynnej kazby Ait Benhaddu. Droga do niej prowadzi przez kamienista, pofaldowana hamade. Obok kazby jest wspolczesna wioska, zas do samej kazby przechodzi sie przez rzeke po cementowych workach. Rowniez Ait Benhaddu jest dosc znacznie zrujnowana, ale i tak jest w lepszym stanie niz Telouet. Robi tez wieksze wrazenie. Ta najbardziej egzotyczna z kazb na terenie calego Atlasu byla tlem okolo 20 filmow, w tym Lawrence z Arabii i Jezus z Nazaretu. Wewnatrz Berberowie sprzedaja pamiatki, a kobiety, ktore tkaja dywany na recznych krosnach, zapraszaja do domow (oczywiscie, nie za darmo). Wyglada wiec, jakby kazba byla zamieszkana, choc w istocie tak nie jest. Ze szczytu wzgorza obok kazby roztaczaja sie piekne widoki. Tego dnia podroz konczymy w miescie Ouarzazate.
Rano zwiedzamy lezaca na przedmiesciu Ouarzazate kazbe Taourirte, ktora dawniej byla siedziba paszy Marrakeszu. Jest ona w dobrym stanie, gdyz dzieki dotacjom z UNESCO zostala dobrze odrestaurowana. Dalsza droga przebiega przez pustynie, ktora coraz bardziej robi sie surowa. Przez jakis czas widzimy po lewej w oddali osniezone szczyty Atlasu M'goun, zas po prawej - wypalone grzbiety Atlasu Sahro. Jest goraco i slonecznie. Za Tinerhir skrecamy w boczna droga przez pustynie. Naszym celem jest oaza Merzouga, polozona na skraju wielkich wydm Erg Chebbi. Najpierw jedziemy przez pustynie kamienista, czyli hamade, lecz z kazdym kilometrem przybywa piasku. Przejezdzamy przez kraine oaz i gajow palm daktylowych. Potem, za Erfoud, wjezdzamy na pustynna droge gruntowa, tzw. piste, ktora jedziemy az do Merzougi. Droga te jest jak tarka, wiec kierowca czesto zjezdza na pobocze i jedzie bezposrednio po pustyni. Za nami ciagnie sie chmura pylu.
Zatrzymujemy sie w pustynnym hotelu, ktory nalezy do znajomego naszego kierowcy. Jest to tradycyjny z ksztaltu budynek w sercu pustyni, z dala od wioski, tuz pod wydmami. Pokoje sa skromne, ale wygodne. Prad kilka godzin wieczorem zapewnia generator. Jeszcze tego wieczora idziemy na spacer. Najpierw kawalek piste, a potem wokol jeziorka lezacego obok innego pustynnego hoteliku. Idziemy czesciowo po skraju wydm, czesciowo po hamadzie. Na horyzoncie ciemne chmury burzowe rozswietlaja od czasu do czasu blyskawice. U nas jednak nie pada. Kiedy wracamy do hotelu, jest juz ciemno. Kierujemy sie na swiatla na pustyni, ale idziemy prawie po omacku. W hotelu czeka na nas wielki tajin, ktorego glownym skladnikiem jest kozie mieso z jajkiem i warzywami.
Na poczatku trzeciego dnia safari po poludniowym Maroku robimy wycieczke samochodem do oazy Merzouga i jej okolicy. Za przewodnika mamy wlasciciela naszego hotelu, ubranego w niebieski, tradycyjny stroj mieszkajacych na pustyni Berberow. Najpierw ogladamy system studni i kanalow podziemnych, ktorymi wydobywana jest woda spod ziemi i rozprowadzana do gaju palmowego. Potem jedziemy do wlasciwej wioski Merzouga. Po drodze przewodnik pokazuje nam miejsca, gdzie krecono filmy Maly ksiaze i Mumia. Wies Merzouga jest mala i bardzo pustynna. Obok wznosza sie gigantyczne wydmy, z ktorych najwyzsza siega 250 m wysokosci ! Zatrzymujemy sie przy sklepie z dywanami. Czestowani bardzo slodka herbata, wysluchujemy prawdziwego wykladu o tradycyjnych dywanach berberyjskich, ogladajac jak sprzedawcy rozwijaja jeden za drugim przed nami. Nie kupujemy jednak dywanow, lecz szesze, czyli berberyjskie chusty na glowe. Na koniec ogladamy slone jezioro w okolicy wioski. Zwykle sa tam flamingi, ale nie tym razem. Za bardzo dzisiaj wieje. Wokol rozciaga sie skalista hamada.
Po powrocie do hotelu przygotowujemy sie do wedrowki z wielbladami na pustynie. Wymarsz nastepuje o piatej po poludniu, kiedy nie jest juz zbyt goraco. Wedrujemy w gore i w dol po wydmach, tempo mamy dosc szybkie. Zaglebiamy sie w bezkresny ocean piachu, ktoremu dramatyzmu dodaja wielkie wydmy, wygladajace niczym spietrzone fale w czasie sztormu. Wkrotce tracimy z oczu hotel i zostajemy sam na sam z pustynia. Piasek cicho skrzypi pod stapajacymi miekko wielbladami. Naszym celem jest polozone pod olbrzymia wydma obozowisko. Jest to kilka namiotow berberyjskich z wielbladziej welny, ustawionych w podkowe, w srodku ktorej leza koce. Wewnatrz namiotow sa materace do spania. Poniewaz jeszcze jest dosc wczesnie i widno, idziemy z przewodnikiem na spacer na wydmy. Po drodze mijamy namiot Berberow - pustynnych koczownikow. Prawie nie miesci nam sie w glowie jak mozna zyc na tak jalowej pustyni. Zaraz potem wchodzimy na jedna z wielkich wydm. To podejscie bardzo daje nam w kosc. Nachylenie stoku jest duze, ale najgorszy jest sypki piach, ktory usuwa sie spod nog. Podejscie paru metrow po takim piasku, kiedy nogi pograzaja sie w nim po kostki, to spory wysilek. Nagroda jest wspanialy widok na wydmy pustyni Erg Chebbi, ktora barwi zachodzace slonce. To najpiekniejszy fragment marokanskiej Sahary. Niecale 40 km stad lezy granica z Algieria.
Kiedy slonce zaczyna sie chowac, wracamy do obozu. Przez jakis czas jestesmy sami, ale wieczorem, juz po zmroku docieraja do nas jeszcze dwie grupy turystow, glownie mlodzi podroznicy z calego swiata. Jemy razem kolacje. Kazda grupa dostaje wielka miche tajinu z chlebem. Zeby bylo bardziej naturalnie, musimy jesc palcami. Przed snem przewodnicy graja na bebnach i spiewaja. Niezwykla jest ta atmosfera nocy w berberyjskim obozowisku pod rozgwiezdzonym niebem Sahary. Pelni wrazen wsuwamy sie w spiwory.
Budze sie o 5:30 rano. Idziemy na wschod slonca na wydmy. Potem, po powrocie do obozowiska, wymarsz "karawany" z powrotem do hotelu. Istotnie tworzymy wspolnie z dwiema innymi grupami cala karawane, w sumie okolo 40 wielbladow. Sniadanie jemy dopiero w hotelu. Jeszcze prysznic, zmycie piachu pustyni z siebie i wyjezdzamy w droge powrotna. Kierujemy sie na polnoc do Er-Rachidji, przez malownicza doline rzeki Ziz, w ktorej bujne gaje palmowe wcisniete sa w zerodowane zbocza pustynnego plaskowyzu. W Er-Rachidji skrecamy na poludniowy-zachod, do Tinerhir. Miasto to jest brama wjazdowa do slynnego wawozu Todra, przyrodniczej osobliwosci Maroka. Zatrzymujemy sie w malym hoteliku tuz przed najwezsza czescia wawozu. Niestety, jest niedziela i w wawozie jest tlum Marokanczykow na wycieczce. Idziemy na dlugi spacer w glab wawozu. W jego najwezszej czesci wysokie do 300 m sciany skalne zbiegaja sie na szerokosc 10 metrow ! Waska czesc wawozu ma jednak tylko pol kilometra dlugosci. Dalej gory rozchodza sie i wawoz sie rozszerza. Wedrujemy okolo dwoch godzin w jedna strone. Za kolejnym zakretem wylaniaja sie dalsze gory i nastepny zakret. Po drodze dostrzegamy liczne drogi wspinaczkowe z oznakowanymi dojsciami i zamocowanymi na stale punktami asekuracyjnymi.
Nastepnego ranka jestesmy w wawozie Todra zupelnie sami. Jest osma rano i caly wawoz mamy tylko dla siebie. Jednak kiedy wyjezdzamy kolo dziewiatej w dalsza droge, widzimy pierwsze autokary turystow jadace do wawozu. My natomiast jedziemy do polozonego dalej na zachod wawozu Dades. Tymczasem na horyzoncie ciemnieja chmury deszczowe, choc gory blizej sa pieknie oswietlone. Zwlaszcza miasteczko Boumalne du Dades, ktore jest brama wjazdowa do wawozu Dades, wyglada w tym dramatycznym oswietleniu wyjatkowo ladnie. Na polnoc od niego widac, ze wyzsze szczyty gor Atlas przysypal swiezy snieg. Poniewaz jedziemy w tamtym kierunku, mamy pewne obawy. Jak sie pozniej okaze - nie bez podstawy... Na poczatku wawozu wznosi sie groznie piekny zamek - kazba Ait Youl. Natomiast w polowie wawozu ogladamy niezwykle formacje skalne, jakby wyrzezbione rekami olbrzymow. Wlasciwy wawoz, jego najwezsza czesc jest jeszcze dalej. Po dojechaniu na miejsce musimy przejsc po kladce przez rzeczke, a nastepnie isc kamienistym dnem wawozu przez mniej wiecej kwadrans. Dochodzimy do niesamowitego przelomu, skalnego gardla, niewysokiego, ale bardzo waskiego. Idziemy dalej, lecz nagle... napotykamy "fale" wody deszczowej, ktora szybko, choc stosunkowo niegroznie splywa z gor w nasza strone. Szybko ewakuujemy sie stamtad i wracamy do glownej drogi. W polowie wawozu wjezdzamy jednak juz w deszcz...
Deszcz na pustyni ! Niesamowite, a jednak prawdziwe. Po dotarciu do glownej drogi w Boumalne du Dades trafiamy na prawdziwa ulewe. Jestesmy zszokowani. Pamietam jak jeszcze pare dni temu jechalismy tedy. Pamietam sucha jak pieprz, spalona sloncem pustynie, kamienie i pyl bez sladu zycia. Pamietam jak kierowca mowil nam, ze deszcz nie padal tu od kilku lat... I oto pada ! Nie lubie deszczu, ale teraz ciesze sie, ze spragniona ziemia bedzie mogla sie napoic. Myli sie jednak ten, kto mysli, ze deszcz na pustyni jest tylko i wylacznie zyciodajnym cudem. Tu, gdzie woda jest na wage zlota, nawet taki deszcz moze sprawic, ze woda staje sie blyskawicznie groznym zywiolem. Po jakims czasie dostrzegamy kolumne stojacych na szosie samochodow. Podjezdzamy blizej i widzimy rzeke, ktora pojawila sie nagle, jakby znikad i przeciela droge. W istocie jest to wadi, czyli koryto okresowo plynacej rzeki. Poniewaz w tej czesci Maroka deszcze padaja bardzo rzadko, przez co rzeki tez bardzo rzadko plyna, a ich koryta sa dosc plytkie i niezbyt szerokie, nie buduje sie tam raczej mostow i droga po prostu przecina podobne wadi. Problem pojawia sie dopiero, kiedy w polozonych bardziej na polnoc gorach Atlas spadnie gwaltowna ulewa. Fala deszczowej wody, nie zatrzymywana przez roslinnosc, ktorej normalnie nie ma, splywa momentalnie z gor i wypelnia koryta okresowych rzek przecinajacych droge. Tak, jak tu i teraz.
Stoimy dluzsza chwile. Kierowca zastanawia sie co robic. Rzeka nie jest szeroka i z pewnoscia nie jest gleboka, ale nasz minibus nie jest wozem terenowym z napedem na cztery kola a nurt rzeki wydaje sie bardzo wartki. Kierowca boi sie ryzykowac. Tymczasem z naprzeciwka przyjezdza kilka samochodow terenowych. Powoli przejezdzaja rzeke, woda siega im do polowy kol. Potem rzeke przekracza jeszcze pare ciezarowek. Mniejsze samochody osobowe nie podejmuja jednak ryzyka. Czas ucieka. Jeszcze tego dnia musimy dojechac do Marrakeszu. Przed nami dluga droga, kilkaset kilometrow i gory Atlas po drodze. Namawiamy kierowce, zeby zaryzykowal. Ostroznie wjezdzamy w rzeke. Z trudem, ale zdecydowanie suniemy do przodu. Woda napiera, widok jest mrozacy krew w zylach. Udalo sie ! Jestesmy na drugim brzegu. Jedziemy dalej.
Niezbyt daleko... Mniej wiecej po pol godzinie trafiamy na nastepna rzeke i samochodowy korek. Tym razem sprawa jest powazniejsza. Rzeka jest duzo szersza i wydaje sie grozniejsza. Tylko samochody terenowe i duze ciezarowki odwazaja sie ja pokonac. Osmielony, zachecony ich przykladem jeden z osobowych Peugeot takze probuje. Zla decyzja ! Prad rzeki okazuje sie dla niego za mocny. Peugeot nie jest w stanie go pokonac i przejechac rzeki. Widzimy jak staje na srodku rzeki bezradnie. Kierowca wysiada i wola na pomoc. Brnie po kolana w wodzie. Z pomoca przychodza mu kierowcy ciezarowek. Podczepiaja line, ktora beda go wyciagac. My jednak nie czekamy. Nasz kierowca zbiera sie na odwage. Przejezdzamy rzeke. Nie jest tak trudno, jak sie wydawalo. Potem trafiamy na jeszcze jedna rzeczke, ale jest ona stosunkowo niewielka - pokonujemy ja niemal z marszu. Deszcz slabnie. Przestaje padac, kiedy dojezdzamy do Ouarzazate. Cale szczescie gory Atlas udaje nam sie przekroczyc bez problemu (w zimie, a czasami nawet wiosna opady sniegu zasypuja przelecz Tizi-n-Tichka, ktora staje sie wtedy nieprzejezdna i zamknieta dla ruchu). Do Marrakeszu docieramy pod wieczor.
Konczy sie nasza przygoda z Maroko. Nastepnego ranka wracamy pociagiem do Casablanki. Mamy jeszcze caly dzien na zwiedzanie miasta rozslawionego przez film "Casablanca", z niezapomnianymi kreacjami Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman. I choc nie ma juz w nim atmosfery tamtego miasta zagubionego gdzies w polnocnej Afryce, na peryferiach swiata, to jednak charakter zabudowy centrum przypomina o francuskiej, kolonialnej przeszlosci. Nazwy sie zmienily, ale budynki pozostaly. Przyjemnie jest przejsc sie zwlaszcza na Plac Mohameda V i do Parku Ligi Arabskiej. Przygnebia tylko widok zaniedbanej, zamienionej w szkole Katedry Swietego Serca. Dzis Casablanka to przede wszystkim wielka metropolia, najwieksze miasto w Maroku, najwiekszy port i osrodek przemyslowy. Tlumy ludzi, masa samochodow, wielki ruch. Idziemy wzdluz nabrzeza do meczetu Hassana II, trzeciego co do wielkosci obiektu sakralnego swiata, ktorego budowe ukonczono w 1993 roku. Gigantyczny ! W jego wnetrzu moze sie modlic 25 tysiecy ludzi. Z daleka widac najwyzszy minaret swiata o wysokosci 210 m. Jestesmy pod wielkim wrazeniem. Rowniez otoczenie jest interesujace. Meczet stoi nad samym morzem, fale rozbijaja sie o jego fundamenty. Nasz spacer konczymy w Medinie. Stare miasto arabskie, platanina uliczek, zaulkow. Jednak nie czujemy sie tam najlepiej, za duzo podejrzanie wygladajacych typow. Dosc szybko stamtad wychodzimy. Wieczorem jedziemy na lotnisko.
Piotr Gaszynski