MALEZJA - WYPRAWA DO NAJSTARSZEJ DZUNGLI SWIATA

26.01.-15.02.2002

Rozmiar: 20507 bajtow

Waz byl zielony jak dzungla. Zlewal sie z listowiem wszechotaczajacej, napierajacej i monstrualnie wyolbrzymialej botaniki, zastygniety na galezi wystajacej przy sciezce, jakby w oczekiwaniu na sygnal do strzalu. Przechodzilismy kolo niego ostroznie. Nie bylo innej drogi. Waska sciezka biegla miedzy zielonymi scianami polmrocznego krolestwa roslin, w ktorym o istnieniu niewidzialnego swiata zwierzat przypominal tylko ten waz i bezustanne brzeczenie cykad.

Jeszcze czasem dalo sie slyszec krzyk dzioborozca. Rzadziej czarna sylwetka wielkiego ptaka mignela miedzy szparami w sklepieniu lasu. Nie brakowalo jedynie owadow, pajakow, skolopender. "Kraina robali", mowilismy. One tutaj krolowaly. Kolumny mrowek przecinaly sciezke co chwila. Inne mrowki przerazaly swa wielkoscia, rowna malemu palcowi czlowieka.
Cztery dni wedrowalismy przez ta dzungle, o ktorej mowi sie, ze jest najstarsza na swiecie. Pierwotne lasy deszczowe w Parku Narodowym Taman Negara w srodkowej czesci Polwyspu Malajskiego zachowaly sie bowiem w niezmienionej postaci od 130 milionow lat ! Nie dotarlo tu nigdy zadne zlodowacenie, zaden kataklizm geologiczny nie zaklocil istnienia tej dzungli. Jest wiec starsza od rownikowych puszcz z Amazonii i Dorzecza Konga.

Samo dotarcie do PN Teman Negara ma w sobie cos z posmaku ekspedycji. Po dojechaniu do przystani w Kuala Tembeling autobusem z Kuala Lumpur, stolicy Malezji, musielismy przesiasc sie do dlugiej lodzi motorowej. W zasadzie tylko w ten sposob mozna dotrzec do parku narodowego. Jeszcze zanim odbilismy od przystani, nagle zerwala sie potezna ulewa tropikalna. Mimo, ze byl sam srodek dnia wszedzie zrobilo sie ciemno a z nieba polala sie rzeka wody. Odeszla rownie szybko, jak przyszla. Odleglosc 60 km od Kuala Tembeling do dyrekcji parku w Kuala Tahan pokonalismy w czasie mniej wiecej 2-3 godzin, zas droga wiodla wzdluz zielonej sciany lasu.

Zatrzymalismy sie w wiosce Kampung Kuala Tahan, po przeciwnej stronie rzeki niz dyrekcja parku narodowego. Znajduje sie tam wiele tanich hotelikow dla turystow z plecakami, jak rowniez sporo tanich restauracji. Proste warunki naszego hoteliku rekompensowala relaksujaca atmosfera zagubionego w puszczy przyczolka cywilizacji. Uroku dodawaly mu dajace cien palmy oraz piekne widoki na rzeke i dzungle.

Z dzungla trzeba sie najpierw oswoic. Nie mozna sobie wyobrazic warunkow panujacych podczas wedrowki przez dzungle, trzeba je poznac na wlasnej skorze. I nie nalezy robic tego zbyt szybko. Dlatego pierwsze dni pobytu w PN Taman Negara wykorzystalismy na zaprawe przed dluzszym trekkingiem. Pierwsza, najbardziej lagodna wycieczka byl spacer po Canopy Walkway, niedaleko dyrekcji parku. Jest to zawieszony miedzy koronami drzew system mostkow linowych, na wysokosci do 25 m. Chodzac po nim, mozna poznac zycie w najwyzszych partiach lasu, w sklepieniu dzungli. Mostki bujaja sie podczas chodzenia i trzeba zachowywac miedzy soba bezpieczna odleglosc. Taki trwajacy okolo pol godziny spacer to duza przyjemnosc i calkiem niezla przygoda.

Jeszcze tego samego dnia wybralismy sie na trudniejsza i dluzsza wedrowke - do aborygenow malezyjskich Orang Asli z plemienia Batek. Znalezienie ich obozu gleboko w dzungli nie jest latwa sprawa. Batekowie sa tradycyjnie koczownikami, przenoszacymi sie co jakis czas z miejsca na miejsce. Oboz, w ktorym spotkalem ich dwa lata wczesniej, byl od dawna opuszczony i prawie nie bylo po nim sladu. Cale szczescie, wedrujac sciezka przez dzungle, biegnaca wzdluz rzeki, trafilismy na inny, bardziej "staly" oboz. Ponownie spotkalem tez tych samych ludzi, ktorzy mnie pamietali.

Jednym z glownych celow wizyty u Batekow bylo wynajecie przewodnika i tragarza na nasz kilkudniowy trekking przez dzungle. Wedrowanie bez przewodnika byloby zbyt ryzykowne, a nikt nie zna dzungli lepiej od zyjacych w niej Batekow. Podczas gdy ja zalatwialem sprawy organizacyjne, inni czlonkowie wyprawy ogladali oboz i nawiazywali kontakty z tubylcami. Niestety, nikt z Batekow nie mowi po angielsku, a tylko nieliczni znaja jezyk malajski (sami posluguja sie jezykiem z grupy mon-khmer, zupelnie innej niz austronezyjska, do ktorej nalezy malajski). Zeby sie z nimi porozumiec, trzeba koniecznie znac jezyk malajski chocby w podstawowym stopniu. Mimo barier jezykowych, nawiazanie kontaktow nie nastrecza jednak trudnosci. Batekowie sa bardzo przyjazni i zyczliwi.

Na Polwyspie Malajskim zyja od tysiecy lat, sa jego pierwotnymi mieszkancami - aborygenami, po malajsku zwanymi Orang Asli - tymi, ktorzy byli tu na dlugo przed przybyciem Malajow. Naleza tez do innej rasy, Batekowie sa bowiem negrytami, nalezacymi do czarnej odmiany czlowieka. Maja bardzo ciemna skore, krecone wlosy i brak cech mongoloidalnych, czym bardzo odrozniaja sie od malajskiej wiekszosci. Z powodu niskiego wzrostu, nazywani sa tez "malajskimi pigmejami". Negryci zamieszkiwali w zamierzchlej przeszlosci cala Azje Poludniowo-Wschodnia, jednak zostali wypchnieci z tych terenow przez kolejne fale migracyjne zoltych ludow z polnocy. Dzis na Polwyspie Malajskim zyje juz tylko okolo tysiaca Batekow, z czego polowa w lesnych ostepach PN Taman Negara. Nie maja religii, sa animistami oddajacymi czesc silom przyrody a ich tradycyjny styl zycia opiera sie na koczowniczym mysliwstwie i zbieractwie. Do polowan w dzungli na ptaki i male ssaki uzywaja dmuchawek z zatrutymi strzalkami. Uczestnicy naszej wyprawy mieli mozliwosc sprobowania swoich sil w strzelaniu z dmuchawki. Wielu z nich kupilo je sobie tez na pamiatke.

Kolejnym etapem "aklimatyzacji" w dzungli bylo spedzenie nocy w specjalnie przystosowanej kryjowce, zwanej po malajsku bumbun. Jest to rodzaj duzej ambony na palach, w ktorej sa drewniane prycze do spania a otwory okienne wychodza na wodopoj lub lizawke. W PN Taman Negara znajduje sie kilka takich kryjowek. Nocujac w nich, mozna przy odrobinie szczescia i bardzo cichym zachowaniu zobaczyc dzikie zwierzeta, jak lesne jelenie, tapiry malajskie a nawet dzikie slonie. Mimo, ze zrobilismy sobie warty w nocy, nie udalo nam sie zobaczyc zadnych zwierzat, poza jednym szczurem, ktory buszowal wieczorem w naszej kryjowce.

Nocowanie w kryjowce nie wymagalo zabrania przez nas calego bagazu, moglismy pojsc tam tylko z lekkim wyposazeniem. Szlak prowadzil jednak przez wzgorze Bukit Teresik, ktorego strome zbocza wycisnely z nas wiele potu i to zarowno przy podchodzeniu, jak i przy schodzeniu. Nagroda byly za to wspaniale widoki gor calkowicie pokrytych przez kobierzec dzungli. Po zejsciu ze wzgorza, orzezwilismy sie kapiela w rzece Sungai Tahan. Wracajac nastepnego dnia z kryjowki do wioski Kampung Kuala Tahan, poszlismy innym, latwiejszym szlakiem, ktory omijal wzgorze Bukit Teresik i biegl wzdluz rzeki.

"Zaaklimatyzowani" i rozgrzani krotszymi wedrowkami, moglismy wreszcie wyruszyc na glowny, czterodniowy trekking przez dzungle. Poza rzeczami osobistymi, wzielismy tez ze soba namioty, zywnosc i maszynki do gotowania, poniewaz od tej pory bylismy zdani tylko na wlasne sily i musielismy byc samowystarczalni az do powrotu do cywilizacji. W niesieniu tego bagazu bardzo pomagalo nam wynajecie tragarza z plemienia Batek. Mimo, ze byl od nas duzo mniejszy, bez problemu dzwigal plecak wazacy okolo 25 kg.

Poczatek szlaku znajdowal sie w Kuala Keniam, malenkiej osadzie, bedacej w zasadzie skupiskiem paru domkow wedkarskich w odleglej czesci parku narodowego. Zeby sie tam dostac, musielismy wynajac dluga lodz motorowa i plynac godzine w gore rzeki Sungai Tembeling, stawiajac po drodze czola kilku groznym bystrzynom. W Kuala Keniam konczyla sie cywilizacja a zaczynala przygoda.

W ciagu czterech dni trekkingu zmierzylismy sie z dzungla i poznalismy jej oblicze. Kazdego dnia wedrowalismy po 3-4 godziny. Przypominalo to pokonywanie toru przeszkod w warunkach sauny. Musielismy przechodzic przez pnie zwalonych drzew, przeczolgiwac sie pod potrzaskanymi kepami bambusow, pokonywac w brod niezliczone rzeki, rzeczki i strumienie, czesto brnac przez bloto, przekraczac wielkie korzenie podporowe lesnych olbrzymow, trawersowac zbocza wzgorz, na przemian wedrowac to w gore to w dol. Ale najgorsze byly goraco i wilgoc. Wysoka temperatura wyrzymala z nas sily i oblewala potem, ktory nie mogl jednak wyparowac i przyniesc ochlode z powodu panujacej w powietrzu, blisko stuprocentowej wilgotnosci. Bylismy caly czas zlani potem, dusilismy sie w nim, jak we wlasnym sosie. Na postojach, ktore robilismy mniej wiecej co godzina, moglismy koszulki niemal wykrecac. Ponadto podczas marszu atakowaly nas pijawki. Zreszta, dzungli nie da opisac sie slowami, trzeba ja przezyc na wlasnej skorze. Po to tam wlasnie pojechalismy.

Zeby poruszac sie najbardziej sprawnie, wydatkowac jak najmniej energii i nie meczyc sie nadmiernie, stosowalismy pewne reguly wedrowania. Na samym przedzie szedl przewodnik, ktory odnajdywal droge i sprawdzal czy na sciezce nie ma jadowitych wezy. Za nim szedlem ja, narzucajac dosc wolne, ekonomiczne tempo marszu i powstrzymujac przewodnika przed przyspieszaniem, co sie zdarzalo, gdy czasem ktos inny wysunal sie przede mnie. Dalej szli gesiego pozostali uczestnicy wyprawy, zas pochod zamykal tragarz, ktory dbal rowniez o to, zeby nikt nie zostal w tyle i sie nie zgubil. Sciezka bowiem czesto ginela w zaroslach badz rozdwajala sie, dlatego tak wazne bylo prowadzenie przez przewodnika i trzymanie sie w grupie. Wiekszych dzikich zwierzat niestety nie spotkalismy, ale widzielismy czesto ich slady. Zwlaszcza duzo bylo sladow dzikich sloni: odchody i tropy. Pare razy widzielismy tez swieze slady nosorozcow sumatrzanskich. Wypatrzenie jednak nawet tak duzych zwierzat w gestwinie dzungli bylo absolutnie niemozliwe.

Obozy zawsze rozbijalismy w poblizu rzek. Woda byla nam niezbedna z dwoch powodow: do picia i do kapieli. Wode do picia i przygotowania posilkow musielismy bezwzglednie gotowac, mimo ze rzeki wygladaly na bardzo czyste, to zagrozenie ameba bylo realne. Jednak prawdziwa rozkosz przynosila chlodna kapiel w rzece. Moglismy zmyc z siebie caly pot i zmeczenie trudami wedrowania przez dzungle. Czasem znajdowalismy zwieszajace sie na rzeka liany, na ktorych moglismy zabawic sie w Tarzana. Byl to prawdziwy relaks. W takich momentach dzungla pokazywala nam inne oblicze, nie wrogie, lecz przyjazne czlowiekowi. Po posilku i kapieli przestawaly nam dokuczac goraco i wilgoc, nie odczuwalismy ich. Odpoczywalismy na lonie dzikiej przyrody, wsluchujac sie w jej odglosy harmonizowalismy sie z nia. Wieczor zapadal szybko i stawalo sie coraz chlodniej. W nocy przydawaly sie nawet spiwory. Natomiast namioty chronily nas przede wszystkim przed latajacym badz pelzajacym po ziemi robactwem, ktore mogloby nas pokasac.

Przed zakonczeniem trekkingu dotarlismy znow do rzeki Sungai Tahan, niedaleko kaskad Lata Berkoh. Kaskady zrobily na nas wielkie wrazenie. Rzeke przegradzaly skalne bariery, przez ktore woda pedzila z hukiem, zagluszajacym nawet bezustanny dzwiek dzungli - swidrujace uszy brzeczenie cykad. Nie moglismy tez przepuscic okazji zazycia tam kapieli, tym bardziej, ze byl to jak najbardziej naturalny masaz wodny.

Po czterech dniach trekkingu i pokonaniu okolo 40 km pieszo przez dzungle wrocilismy do dyrekcji PN Taman Negara w Kuala Tahan. Przeprawilismy sie na druga strone rzeki, do wioski, w ktorej byl nasz hotelik i czesc pozostawionych rzeczy. Pozegnalismy przewodnika i tragarza. Bylismy znow w cywilizacji. Nastepnego dnia wrocilismy do stolicy Malezji, Kuala Lumpur.

Jednak na trekkingu nasza wyprawa ani sie nie zaczela ani nie zakonczyla. Poczatek byl naprawde mocny. Juz nastepnego dnia po przylocie z Polski do Kuala Lumpur bylismy swiadkami niesamowitego hinduskiego swieta Thaipusam.

Odbywa sie ono raz w roku, w styczniu albo lutym (w 2002 roku bylo 28 stycznia) i poswiecone jest synowi Siwy - Murudze. Kulminacyjnym momentem swieta jest wielka procesja wiernych, ktora w srodku nocy wyrusza sprzed swiatyni Sri Mahamariamman w centrum stolicy i podaza do oddalonych o 13 km jaskin Batu. Okolo stu lat temu znaleziono w nich kamien o ksztalcie lopaty, bedacy symbolem Murugi. Hindusi sprowadzeni w owym czasie przez brytyjskich kolonizatorow do pracy na plantacjach, w wiekszosci Tamilowie z poludnia Indii, skad tez wywodzi sie swieto Thaipusam, uznali w tym znak, iz w jaskiniach ma powstac swiatynia Murugi a co roku ma sie odbywac procesja do jaskin.

Niesamowitosc swieta Thaipusam polega glownie na tym, ze wielka liczba wiernych dokonuje przeroznych masochistycznych czynow, zeby odwdzieczyc sie Murudze za spelnienie ich modlitw. Widac wiec hindusow z policzkami lub jezykami przeklutymi szpikulcami i trojzebami czy tez ciagnacych powrozy zaczepione hakami do ich plecow albo z zawieszonymi za haczyki na plecach cytrusami. Ale najwieksze wrazenie robia niosacy vel kavadi, czyli specjalne klatki zrobione ze szprych, z oltarzykami bostw, czesto ozdobione pawimi piorami. Niesamowite jest tez, ze w ogole nie widac krwi ani cierpienia, gdyz wierni sa w transie. Przy wtorze okrzykow "vel, vel !" wierni wchodza po 272 stopniach prowadzacych do wnetrza jaskin. Wewnatrz jest wielki tlum, mimo ze jaskinie sa olbrzymie. Dopiero tam niosacy kavadi zdejmuja swoje jarzma i wychodza z transu.

Bylismy w Malezji, a jednak dzieki atmosferze swieta przenieslismy sie na kilka godzin do Indii. Milion ludzi, w zdecydowanej wiekszosci hindusow, wszechobecne zapachy przypraw i kadzidelek oraz glosna hinduska muzyka, a takze bazar u podnoza jaskin z hinduskimi knajpkami i sklepikami, wszystko sprawialo wrazenie jakbysmy byli w Indiach. Pikanterii dodawal fakt, ze w samych Indiach swieto jest obecnie zabronione.

Oczywiscie, bedac w Kuala Lumpur nie mozna nie zobaczyc najwyzszej budowli swiata - blizniaczych wiez Petronas Towers, ktore wznosza sie na wysokosc ponad 450 m ! W ogole stolica Malezji jest miastem bardzo nowoczesnym. W dzielnicy Golden Triangle w niebo strzelaja drapacze chmur. Szczegolnie dobrze widac to z poziomu widokowego KL Tower, z wysokosci ponad 300 m, a najwieksze wrazenie robi panorama miasta wieczorem. Nie nalezy zapominac, ze jest to dosc mlode miasto. Powstalo dopiero w polowie XIX wieku, w miejscu, ktore jego zalozyciele - poszukiwacze cyny ochrzcili mianem "blotnisty zbieg rzek" - Kuala Lumpur. Dzis owe rzeki - Gombak i Kelang - sa wybetonowanymi kanalami, ale w miejscu ich polaczenia cieszy oczy orientalna sylwetka Masjid Jamek, czyli Meczetu Piatkowego.

Na trasie naszej wyprawy lezaly jeszcze inne miasta. Po drodze do Singapuru odwiedzilismy Melake, najbardziej historyczne i zabytkowe miasto w Malezji. Polozenie w strategicznej ciesninie Melaka, sprawialo, ze bylo ono przedmiotem zainteresowan i kolonialnych podbojow od wielu stuleci. Pierwsi zdobyli ja Portugalczycy, ktorych nastepnie przepedzili Holendrzy, a Holendrow Brytyjczycy, zanim Malezja uzyskala niepodleglosc, ktora nota bene proklamowano jednoczesnie w Kuala Lumpur i wlasnie Melace w 1957 roku. O kolonialnej przeszlosci przypominaja zabytki z okresu holenderskiego przy Dutch Square, zas pamiatka okresu portugalskiego jest tylko brama Porta de Santiago ze zburzonej przez Anglikow fortecy A'Famosa i... replika portugalskiego galeonu z XVI wieku. Niemniej ciekawa jest wedrowka uliczkami starego Chinatown, w ktorym mieszkaja malajscy Chinczycy, zwani Baba Nyonya.

Na koniec wyprawy weszlismy w "dzungle z betonu, stali i szkla" Singapuru a po nim Hongkongu. Nie moga sie one rownac prawdziwej dzungli z PN Taman Negara, ale tez robia wielkie wrazenie. W Singapurze najwiecej "drapaczy chmur" stoi nad rzeka Singapur przy Boat Quay, kontrastujac ze starymi, pietrowymi domami, w ktorych obecnie sa kolorowe knajpki. Natomiast centrum Hongkongu wydaje sie wrecz naszpikowane wysokosciowcami, co najlepiej widac z gory Victoria Peak. W przeciwienstwie do Singapuru, Hongkong jest dosc brudny i bardzo zatloczony. Najlepiej wyglada wieczorem, kiedy ciemnosc skrywa obskurne wyzsze pietra budynkow a rozswietlane neonami ulice pulsuja ruchem. Hongkong jest poludniowa brama do Chin i juz w nim daje sie odczuc bliskosc ogromu Panstwa Srodka. Ale jest tez inny Hongkong - spokojny i zrelaksowany, wypoczywajacy na zlotych plazach poludniowego wybrzeza wyspy. Niestety, nie mielismy zbyt wiele czasu na zwiedzanie. W Hongkongu zatrzymalismy stop-overem w drodze do Polski. Nie moglismy jednak przed odlotem nie odwiedzic tego, z czym Hongkong kojarzy sie najbardziej - "plywajacego miasta" sampanow w porcie Aberdeen. Mimo, ze sampany nie wygladaja juz tak egzotycznie, jak dawniej, to jednak warto je zobaczyc, przed powrotem do domu.

Piotr Gaszynski

Uczestnicy wyprawy

Jezeli interesuje Cie udzial w podobnej wyprawie - zajrzyj !


Strona glowna Relacje z wypraw Propozycje wypraw Galeria zdjec Agnieszki Gaszynskiej