INDONEZJA - OD JAWY DO FLORES, MALEZJA & SINGAPUR

7.09.-6.10.2002 r.

Trasa wyprawy w Indonezji, Malezji i Singapurze

Krwistoczerwona kula powoli zanurzala sie w morzu. Jeszcze nigdy nie widzialem tak czerwonego zachodu slonca. Siedzielismy w tetniacej zyciem strefie bezclowej lotniska Denpasar na Bali i patrzylismy jak sloneczna kula znika za horyzontem. Delikatna muzyka gamelanow piescila uszy. Za soba mielismy tysiace kilometrow podrozy po wyspach Indonezji. Niecale piec kilometrow stad nadmorski kurort Kuta budzil sie do nocnego zycia. Tysiace turystow z calego swiata, po dniu spedzonym na plazy, zaczynalo zapelniac niezliczone knajpki, restauracje, kluby i dyskoteki Kuty. Zblizala sie osma wieczor. Wkrotce mielismy wsiasc do samolotu. Kuta i Bali ginela juz w mroku. Rozstawalismy sie z indonezyjska przygoda. Rowno tydzien pozniej, o tej samej porze, Kuta wstrzasnely trzy potezne eksplozje. Tego wieczora zachod slonca byl wyjatkowo krwawy...

Czy jeszcze kiedys wroce do Indonezji po tym, co sie stalo? Mysle, ze tak. Nie byla to moja pierwsza podroz po tym niezwykle interesujacym kraju i mam nadzieje, ze nie ostatnia. Zanim przyjechalem do Indonezji na tramping z grupa we wrzesniu 2002 roku, mialem juz za soba lacznie pol roku spedzonego tam na kilku wyjazdach indywidualnych. Zakochalem sie w tym kraju i chce sie dzielic moja fascynacja z innymi.

Indonezja to kraj 13 tysiecy wysp rozciagnietych na przestrzeni 5000 kilometrow, zamieszkany przez ponad 200 milionow ludzi, mowiacych prawie 400 jezykami. Niezwykla mozaika kultur i krajobrazow, niesamowite bogactwo przyrody i wielkie kontrasty rozwoju. Juz same liczby przyprawiaja o zawrot glowy. Nie mozna zwiedzic calej Indonezji, nawet pobieznie, w ciagu miesiaca czasu. A tylko tyle czasu mielismy. Musielismy sie skoncentrowac na czesci olbrzymiego kraju. Postanowilismy wiec zobaczyc Jawe, Bali, Lombok, Flores i Komodo.

Podroz zaczelismy jednak nie w Indonezji, lecz w Singapurze. Przed skokiem do Indonezji, uczestnicy wyprawy chcieli zobaczyc dla kontrastu to jedno z najnowoczesniejszych miast swiata. Ale nie tylko. Stosunkowo niedaleko znajduje sie Kuala Lumpur, stolica Malezji, a w niej slynne Petronas Towers, obecnie najwyzsze budynki na swiecie (patrz - relacja z wyprawy do Malezji w styczniu / lutym 2002). Tego nie wolno bylo pominac. Wypad z Singapuru do Kuala Lumpur zajal nam dwa dni. Majac juz pewien przesyt drapaczy chmur, betonu, szkla i stali, bylismy wreszcie gotowi zanurzyc sie w "trzecim swiecie" Indonezji.

Lot z Singapuru do Jakarty, stolicy Indonezji, trwa tylko dwie godziny. Poczatkowo nie widac wielkiej roznicy. Jakarta jest wielkim molochem, rowniez tam sa drapacze chmur, a z powodu wielkiej liczby samochodow w powietrzu unosi sie duszacy dym spalin. Jednak juz w drodze z lotniska zauwaza sie przepasc dzielaca ja od Singapuru. Przed wjazdem do centrum przejezdza sie kolo przygnebiajacych slumsow, ktore rozpelzaja sie nad kanalami sciekowymi. Potem przebijamy sie przez korki i nagle, w centrum miasta - nieprzyjemny zgrzyt. Centrum, rejon dworca kolejowego Gambir i centralny park kolo pomnika Monas, obstawione sa przez wojsko i policje. Blokady ulic, rzedy wojskowych ciezarowek, kordony zolnierzy. Przejezdzamy kolo ambasady USA i przypominamy sobie, ze jestesmy w swiecie przesiaknietym atmosfera strachu, zyjacym w cieniu wojny z terrorem. Jest 11 wrzesnia 2002 roku. Dokladnie rok wczesniej runely wieze World Trade Centre w Nowym Jorku. Dziesiatki tysiecy kilometrow stad. Ale okazuje sie, ze dzis niewidzialne linie frontu wojny z terrorem przebiegaja wszedzie. Ambasady amerykanskie staly sie szczegolnym celem atakow islamskich terrorystow, a wlasnie jestesmy na Jawie, wyspie zamieszkanej przez ponad 100 milionow muzulmanow. 90 procent to zupelnie normalni ludzie, ktorzy chca tylko spokojnie zyc i pracowac w pokoju. Lecz wsrod nich ukrywa sie 10 procent fundamentalistow, podatny grunt, na ktorym moze wykielkowac ziarno terroryzmu. Nie wiadomo, czy juz wykielkowalo, dlatego indonezyjskie wojsko wychodzi na ulice i obstawia centrum stolicy, zamykajac blokadami przejazd kolo amerykanskiej ambasady. Jadac taksowkami z dworca Gambir, dokad dowiozl nas autobus z lotniska, do dzielnicy tanich hotelikow na Jalan Jaksa, nie mozemy sie przebic przez te blokady. Kluczymy i wciaz trafiamy na nowe blokady. Droga, ktora w lini prostej nie ma wiecej niz kilometr i normalnie nie zajmuje wiecej niz 5-10 minut jazdy, trwa teraz pol godziny.

Jezeli ktos chcialby zobaczyc Indonezje w jeden dzien, moze to zrobic w parku Taman Mini Indonesia Indah na przedmiesciach Jakarty. Warto sie tam wybrac chocby dlatego, ze w ciagu jednego wyjazdu nie mozna dotrzec do wszystkich interesujacych miejsc w tym olbrzymim kraju. My rowniez tam sie udalismy. Zobaczylismy charakterystyczne domy roznych ludow Indonezji, w tym Minangkabau z zachodniej Sumatry, do ktorych sie nie wybieralismy. Interesujaca byla rowniez przejazdzka kolejka linowa nad wielka makieta indonezyjskiego archipelagu.

Wkrotce jednak opuscilismy duszaca spalinami, rozpalona w sloncu, betonowa "dzungle" Jakarty i polecielismy samolotem do Yogyakarty. Mimo, ze jest to rowniez calkiem duze miasto, ma ono zupelnie inna, spokojniejsza atmosfere. Nazywane jest "kulturowa stolica" Jawy. Nie ma tam drapaczy chmur, jego zabudowa jest stosunkowo niska i sa liczne zabytki. Najwazniejszym z nich jest Kraton, czyli palac sultanski, ale poza nim warto zobaczyc tez "ptasi bazar" i pobliskie laznie sultanskie. Wedrujac uliczkami Yogyi, jak popularnie nazywane jest to miasto, bezustannie napotyka sie pracownie, w ktorych powstaja slynne indonezyjskie batiki czy lalki z drewna lub skory, uzywane podczas spektakli teatralnych. Bedac w Yogyi nie moglismy tez opuscic wieczornego przedstawienia slynnego jawajskiego "teatru cieni".

Jednym z glownych celow naszej wizyty w Yogyi byla calodniowa wycieczka do dwoch lezacych w poblizu, zabytkowych kompleksow swiatowej klasy. Pierwszy z nich, Borobudur, zobaczylismy o wschodzie slonca. Byla to buddyjska swiatynia zbudowana w VIII-IX wieku, kiedy na Jawie przez krotki okres panowal buddyzm, nastepnie opuszczona, zapomniana i ponownie odkryta dopiero w XIX wieku. Przypomina troche piramide, w istocie sklada sie z kamiennych tarasow zbudowanych na wzgorzu, z ktorych kazdy symbolizuje rozne swiaty, poczawszy od swiata ludzi z ich ulomnosciami i pragnieniami, a skonczywszy na nirwanie, czyli buddyjskim "raju". Na najwyzszych tarasach znajduja sie 72 stupy z wyobrazeniami Buddy. Niektore stupy sa odsloniete i widac znajdujaca sie w srodku rzezbe.

Bylo juz poludnie i wielki upal, kiedy dotarlismy do Prambanan, drugiego zabytkowego kompleksu kolo Yogyi. Powstal on mniej wiecej w tym samym czasie, co Borobudur, byl jednak symbolem zwyciestwa hinduizmu na Jawie. I ten okres nie trwal dlugo, po dwoch stuleciach hinduistyczni krolowie przeniesli sie bardziej na wschod, by w koncu opuscic wyspe pod naporem islamu i osiasc na Bali. Zespol swiatynny Prambanan w pewnym sensie przypomina wspanialy Angkor Wat z Kambodzy. Jest tam wiele swiatyn, a wsrod nich najwazniejsze to swiatynie Sziwy, Brahmy, Wisznu i Nandi.

Po dwoch dniach wypelnionych zwiedzaniem Yogyi i okolic udalismy sie dalej na wschod. Naszym celem byl jeden z najpiekniejszych, wulkanicznych parkow narodowych swiata - Bromo-Tengger-Semeru. Podroz turystycznym minibusem trwala caly dzien i dopiero wieczorem dotarlismy do hotelu w wiosce Ngadisari, w ktorym spedzilismy noc. Dlugo nie spalismy, poniewaz okolo czwartej nad ranem pojechalismy wynajetym dzipem na wschod slonca nad wulkanami. Droga wiodla na krawedz gigantycznej kaldery dawno wygaslego wulkanu Tengger, nastepnie w dol na jego dno i dalej przez "morze piaskow" wulkanicznych, wreszcie znow na gore, na punkt widokowy Gunung Penanjakan. Widok byl zapierajacy dech w piersi. Przed nami otwierala sie w calej okazalosci kaldera wulkanu Tengger, przez ktora wlasnie przejechalismy, a w niej na samym srodku idealny stozek wulkanu Batok, obok niego lekko dymil Bromo, za nim lezal wiekszy Kursi, zas w tle majestatycznie wznosil sie najwyzszy i zarazem jeden z najaktywniejszych wulkanow na Jawie, Gunung Semeru (3676 m). Jeszcze zanim slonce wzeszlo, w rzedniejacej ciemnosci dostrzeglismy na zboczu Semeru pomaranczowa smuge, ktora bardzo dymila i powoli pelzla w dol. Wyplyw lawy ! Mimo wielkiej odleglosci zrobil na nas wielkie wrazenie. Tymczasem slonce wstalo i coraz silniej oswietlalo "ksiezycowy" krajobraz przed nami, jednoczesnie nas ogrzewajac. W oczekiwaniu na wschod troche bowiem zmarzlismy, badz co badz znajdowalismy sie na wysokosci ponad 2700 m, mimo iz tak blisko rownika. Nastepnie wrocilismy dzipem do kaldery wulkanu Tengger. Zostawilismy samochod kolo niewielkiej swiatyni hinduistycznej i weszlismy na krawedz wulkanu Bromo. Moglismy wtedy zajrzec do srodka dymiacego wulkanu.

Po powrocie do hotelu, jeszcze tego samego dnia pojechalismy autobusem do Kuty na Bali. Kuta jest znana miejscowoscia nadmorska, do ktorej przybywaja tlumy surferow i turystow spragnionych odpoczynku i rozrywki. My rowniez pobyt w Kucie wykorzystalismy na odpoczynek na plazy. Przesadnie turystyczna atmosfera nie bardzo jednak nam odpowiadala i szybko opuscilismy to miejsce. Wsiedlismy na duzy statek pasazerski "Tilongkabila", ktorym udalismy sie do Labuanbajo na wyspie Flores.

Rejs trwal dwa dni. Mimo ze statek byl duzy i bylo na nim mnostwo pasazerow, bylismy tam prawie jednymi obcokrajowcami. Mieszkalismy w czystych, eleganckich kajutach 2. klasy, ktore mialy wlasne toalety z goracym prysznicem, natomiast posilki jadalismy w wydzielonej restauracji dla 1. i 2. klasy. Jedzenie podawali nam kelnerzy, a grajaca podczas posilkow orkiestra sprawiala, ze czulismy sie jak na egzotycznym rejsie statkiem wycieczkowym. Wiekszosci Indonezyjczykow nie stac jednak na takie luksusy. Tlumnie zapelniali poklady, a nawet korytarze. Kiedy zawinelismy do portu Bima na wyspie Sumbawa, zobaczylismy tlum ludzi chcacych wejsc na statek i gwaltowna przepychanke. Do Labuanbajo na Flores zawinelismy wieczorem, juz po zmroku. Niestety, tak duzy statek, jak nasz, nie mogl zacumowac do nabrzeza, musielismy wiec zsiadac po trapach do kolyszacych sie na wodzie lodzi, ktore dowiozly nas na brzeg.

Nastepnego dnia pojechalismy autobusem w glab wyspy. Flores nalezy do najmniej rozwinietych, a zatem i najmniej zmienionych przez wspolczesna cywilizacje, najbardziej tradycyjnych rejonow Indonezji. Gorzysta, pozbawiona bogactw naturalnych i drogocennych przypraw, zamieszkana przez grozne plemiona tubylcze wyspa byla zaniedbywana przez stulecia najpierw przez portugalskich, potem holenderskich kolonizatorow. Wzdluz rozciagnietej rownoleznikowo na 375 km wyspy biegnie jedyna porzadniejsza, zbudowana stosunkowo niedawno droga, szumnie zwana "Trans-Flores Highway", ktora z powodu trudnego, gorskiego terenu liczy prawie 700 km dlugosci. Droga ta poruszalismy sie na wschod, zwiedzajac po drodze najciekawsze miejsca. Podroz ta byla dluga, mozolna i pozbawiona komfortu. Pelna dziur, waska szosa wije sie przez gory jak waz, od czasu do czasu wychodzac na brzeg morza, by za chwile z powrotem zaglebic sie w gorach. Nie ma tam tez wygodnych, szybkich autobusow, podrozuje sie czesto w tlumie miejscowych wiesniakow z ich dobytkiem, workami ryzu, koszami suszonych ryb, zywymi kurami, a nawet swiniami, ktore zwiazane wrzucane sa bezceremonialnie na dach, gdzie najczesciej tez siedza ludzie. Jest to jednak miejscowy koloryt, ktorego brak innym, bardziej "cywilizowanym" rejonom Indonezji, a zwlaszcza Jawie. Juz dla samego tego folkloru warto przyjechac na Flores.

Pierwszego dnia przejechalismy z Labuanbajo do Rutengu. Drugiego dnia dotarlismy do Ende, najwiekszego miasta na Flores. Miasto samo w sobie, mimo malowniczego polozenia nad zatoka i dosc barwnego targu, nie jest zbyt ciekawe, moze za to sluzyc jako dobra baza wypadowa do zwiedzenia jednej z najwiekszych atrakcji przyrodniczych Indonezji - trojkolorowych jezior Kelimutu. Zeby je zobaczyc wynajelismy samochod terenowy z kierowca. Wiekszosc turystow jedzie zobaczyc wschod slonca nad Kelimutu, ja jednak bylem tam juz dwa lata wczesniej i wschod slonca nie zrobil na mnie szczegolnego wrazenia. Przedziwne barwy wulkanicznych jezior Kelimutu mozna bowiem docenic dopiero w pelnym blasku slonca. Co wiecej - jest wtedy tez mniej turystow. Jedynym minusem jest natomiast ryzyko, ze moga nadejsc chmury i zaslonic jeziora. Podjelismy jednak to ryzyko i na wycieczke wyruszylismy dopiero o osmej rano. Na miejsce dotarlismy okolo dziesiatej.

Warto bylo. Chmury nie zaslanialy jezior, ktore w slonecznym swietle odslonily nam swoje niezwykle barwy. Trudno oprzec sie magii tego miejsca. Jedno jezioro ma barwe turkusowa, drugie ciemnobrunatna, trzecie zas - czarnobrazowa. Jeszcze dziwniejsze jest, ze co jakis czas jeziora zmieniaja kolory. Wypelniaja one kratery wygaslego wulkanu i ich barwy z pewnoscia spowodowane sa przez jakies, wydobywajace sie z glebi kraterow zwiazki chemiczne, ale - co rowniez jest zaskakujace - jeszcze nikt nie zbadal jakie... Ludnosc miejscowa ma natomiast wlasne wytlumaczenie. Tubylcy wierza bowiem, ze w jeziorach Kelimutu mieszkaja dusze zmarlych.

Po nasyceniu oczu dziwnym pieknem tego miejsca, pojechalismy do pobliskiej wioski Moni, ktora sluzy czesto jako baza wypadowa turystom chcacym zobaczyc Kelimutu. Ja jednak chcialem pokazac tam grupie oryginalny, tradycyjny dom kryty strzecha, typowy dla ludu Lio zamieszkujacego ten rejon Flores. Taki dom o bardzo strzelistym dachu, ktory jednoczesnie schodzi nisko do ziemi, jest juz niestety coraz rzadziej spotykany. Po lunchu wrocilismy do Ende.

Kelimutu bylo najdalej na wschod wysunietym miejscem naszej wyprawy. Od tej pory poruszalismy sie juz w powrotnym kierunku, na zachod. Z Ende pojechalismy do miasteczka Bajawa. Rejon ten zamieszkany jest przez lud Ngada, ktory ma bardzo interesujace tradycyjne wioski i zwyczaje. Uczyniwszy sobie baze w Bajawa, wynajelismy typowa dla Indonezji taksowke minibusowa, zwana bemo, by przez caly dzien eksplorowac okoliczne wioski ludu Ngada. Najpierw odwiedzilismy wioske Bela, ktora jest jedna z rzadziej odwiedzanych przez turystow, przez co najlatwiej nawiazac tam kontakt z miejscowymi, zwlaszcza z dziecmi. Najwieksze wrazenie robi jednak wies Bena. Podobnie, jak w Bela i w Wogo, trzeciej wiosce, ktora odwiedzilismy, wszystkie domy sa tam bardzo tradycyjne, kryte strzecha, jest tam jednak wiecej innych charakterystycznych dla Ngada elementow. Najbardziej typowe sa parasolowate ngadhu, czyli symbole przodkow meskich. Oprocz nich sa rowniez symbole przodkow zenskich, zwane bhaga, oraz peo, strzeliste megality symbolizujace przyszle pokolenia i sluzace jako rytualne oltarze podczas licznych ceremonii. Dla wielu ludow indonezyjskich, w tym Ngada, wielkie znaczenie ma wciaz kult przodkow. Mimo, ze sa oni katolikami, nadal oddaja czesc przodkom i pielegnuja dawne zwyczaje. Flores w ogole jest bardzo katolicka wyspa, az 85 procent (niektorzy twierdza nawet, ze 95 procent) ludnosci jest wyznania rzymskokatolickiego. Od ponad 30 lat dzialaja tam m.in. polscy misjonarze, choc teraz jest ich juz zaledwie kilku. Jednego z nich, ksiedza Tadeusza Gorgonia, odwiedzilismy w drodze powrotnej do Bajawa, we wsi Mangulewa, gdzie jest proboszczem.

Kolejnym etapem drogi powrotnej na zachod bylo miasteczko Ruteng. Jest ono stolica regionu zamieszkanego przez rownie ciekawy lud Manggarai, a obejmujacego cala zachodnia czesc Flores. Na przedmiesciach Rutengu odwiedzilismy tradycyjna wioske Compang Ruteng. Zbudowana jest w charakterystycznym dla ludu Manggarai ukladzie. Domy ustawione sa wokol niskiego kamiennego muru na planie kola, w ktorego srodku znajduje sie wzgorek, zwany compang, bedacy rytualnym oltarzem oraz miejscem pochowku najwazniejszych miejscowych przywodcow. Dwa lata wczesniej spedzilem sporo czasu, poznajac zwyczaje ludu Manggarai. Towarzyszylem prof. Maribeth Erb-Mucek, ktora jest antropologiem specjalizujacym sie w kulturze tego ludu (notabene - jej mezem jest Polak, bardzo sympatyczny pan Stanislaw Mucek, ktory dawniej byl przez wiele lat misjonarzem na Flores). Dzieki niej bylem swiadkiem ceremonii przenoszenia kosci jednego z przodkow z cmentarza komunalnego do grobu w compangu wlasnie we wsi Compang Ruteng. Widzialem wtedy rowniez widowiskowe pojedynki na baty, zwane caci, z ktorych slynie lud Manggarai. A warto dodac, ze byl on najbardziej dzikim i prymitywnym na Flores, chrzescijanstwo przyjal dopiero w latach 20-tych XX wieku.

Po tygodniu eksplorowania wnetrza Flores, powrocilismy do Labuanbajo na zachodnim krancu wyspy. To male portowe miasteczko, troche wieksza wies, jest swietnym miejscem na rozpoczecie 4-dniowego rejsu z Flores na Lombok. Lodzie, ktorymi plywaja turysci sa odpowiednio przystosowane, ale wciaz sa to typowe dla morz Indonezji lodzie zaglowo-motorowe. Wynajelismy jedna z nich. Zaloge stanowily cztery osoby, w tym kapitan, dwoch marynarzy i kucharz-przewodnik.

Pierwszego dnia rejsu, po wyplynieciu rano z Labuanbajo, najpierw zatrzymalismy sie przy niewielkiej wysepce Bidadari. Ma ona oslepiajaco bialy piasek, a u jej brzegu znajduje sie wspaniala rafa koralowa, w ktorej nurkowalismy, uzywajac masek i rurek, jakie byly do naszej dyspozycji na lodzi. Nastepnie skierowalismy sie ku wyspie Rinca. Wyspa ta nalezy do Parku Narodowego Komodo, razem z wlasciwa wyspa Komodo. Na obu zyja slynne warany z Komodo, najwieksze na swiecie, osiagajace ponad 3 m dlugosci jaszczury, zwane "smokami". Pierwszego "smoka" zobaczylismy juz po wyjsciu z przystani. Nastepne lezaly leniwie pod domami straznikow. W towarzystwie jednego ze straznikow udalismy sie na piesze safari po wyspie. Straznik uzbrojony byl tylko w rozwidlony kij, ale w jego rekach byla to wystarczajaca obrona przed potencjalnym atakiem bestii zdolnej do zabicia bawolu. Jedna z ofiar, wlasnie wodnego bawolu, udalo nam sie zobaczyc. Dowiedzielismy sie, ze "smoki" atakuja znienacka, a ich najgrozniejsza bronia jest... slina, ktora zawiera pewne bakterie, zawsze powodujace smierc u ranionego zwierzecia. "Smoki" cierpliwie chodza za zraniona ofiara, az ta padnie i wtedy rzucaja sie gromadnie, zeby ja pozrec. Powiedziano nam, ze bawol, ktorego szczatki zobaczylismy, padl doslownie dzien wczesniej. Niewiele z niego zostalo, a w poblizu odpoczywaly najedzone "smoki"...

Kilka godzin wedrowalismy po wyspie Rinca, najpierw przez busz, potem przez pagorkowata sawanne, porosnieta z rzadka palmami lontar. Byl wielki upal. "Smoki" chowaly sie przed zarem w cien nielicznych na sawannie drzew. Poza nimi zobaczylismy inne zwierzeta, jak jelenie timorskie czy nogale, niepozorne ptaki o ciekawych zwyczajach legowych. Sucha sawanna, goraco i fauna odmienna od indonezyjskiej przypominaly nam, ze jestesmy blisko Australii. Po powrocie na lodz, skierowalismy sie ku wyspie Komodo. Nie dobilismy jednak do jej brzegu. Noc spedzilismy na lodzi w pewnej odleglosci od ladu.

Na Komodo wyladowalismy nastepnego dnia wczesnie rano. Jeszcze nie bylo tak goraco. Senne "smoki" lezaly w poblizu domow nalezacych do dyrekcji Parku Narodowego Komodo, a zwlaszcza kolo smietnika, w ktorym buszowaly dzikie swinie. Warany, ktore normalnie poluja na dzikie swinie, w ogole sie nimi nie przejmowaly. Ruszylismy w asyscie straznika na wedrowke po wyspie. Jest ona wieksza i bardziej gorzysta od Rinca. W oddali od czasu do czasu dostrzegalismy fruwajace niczym golebie, biale stadka papug kakadu. Dotarlismy do wodopoju Banu Nggulung, do ktorego zwykle przychodza spragnione warany, ale po "smokach" nie bylo nawet sladu. Wodopoj byl wyschniety. W poblizu zobaczylismy natomiast dzikie storczyki. Dopiero po jakims czasie udalo nam sie wytropic w buszu jednego warana. Zmeczeni upalem wrocilismy na lodz. Jeszcze zanim odplynelismy na dobre z Komodo, przybilismy do miejsca zwanego Czerwona Plaza, zeby troche ponurkowac na rafie.

Kierowalismy sie na zachod. Tego dnia i nocy mielismy duzy kawalek do przeplyniecia. Zatrzymalismy sie po drodze na nurkowanie przy wyspie Gili Laba. Potem bylo juz tylko morze i morze. W czasie rejsu trzy razy dziennie dostawalismy obfite, indonezyjskie posilki, ktorych podstawe stanowil ryz. Mielismy spory zapas wody w butelkach do picia. Natomiast do spania na pokladzie dostawalismy materace, poduszki i koce. Byla to prawdziwa morska przygoda. Plynelismy caly czas na silniku, lecz dodatkowo zaloga stawiala zagle. Czasem spotykalismy tez inne zaglowce. Lodz miala plaskie dno, przystosowane do zeglugi po plytkich wodach przybrzeznych, ale jej minusem bylo to, ze byla podatna na kolysanie. Osloniety tylko daszkiem poklad nie chronil zbytnio przed rozbryzgujacymi sie o dziob wiekszymi falami. A kiedy plynelismy bokiem do fal, lodz pod ich wplywem kolysala sie bardzo, stresujac nas i grozac nabraniem wody burta. Najbardziej nerwowe chwile przezylismy drugiej nocy rejsu. Plynelismy wzdluz wyspy Sumbawa, ale z powodu ciemnosci nie bylo jej widac. Otaczalo nas tylko rozkolysane morze i ciemnosc, przez ktora przebijaly sie gwiazdy. Mielismy jednak dobra zaloge, ktora pewna reka prowadzila lodz do celu. Na wszelki wypadek na lodzi byly tez kamizelki ratunkowe.

Rankiem trzeciego dnia, po nerwowej nocy zobaczylismy dopiero brzeg Sumbawy i mala wyspe Satonda, do ktorej sie kierowalismy. Morze bylo jednak wciaz dosc wzburzone i nie moglismy wyladowac na Satondzie, poplynelismy wiec dalej wzdluz Sumbawy. Teraz naszym celem byly piaszczyste brzegi wyspy Moyo. Dotarlismy do niej popoludniu. Moglismy wreszcie wyjsc na lad i po raz pierwszy od wyruszenia z Labuanbajo wykapac sie w slodkiej wodzie strumienia. Oczywiscie nie przegapilismy tez okazji nurkowania z maska i rurka na rafie koralowej. Wieczorem dotarlismy natomiast do malenkiej i plaskiej wysepki Gili Bola, przy ktorej zacumowalismy na noc.

Ostatniego, czwartego dnia rejsu mielismy do pokonania ciesnine miedzy Sumbawa a Lombok. Pchane wiatrem przez ciesnine fale uderzaly w bok naszej lodzi, kolyszac nia mocno. Kapitan usmiechal sie a przewodnik tlumaczyl, ze wcale nie jest zle. Wedlug nich to bylo normalne. Kiedy jednak w koncu wyladowalismy w porcie Labuhan Lombok na zachodnim wybrzezu wyspy Lombok, mielismy na jakis czas dosc morza. Zaraz tez wsiedlismy w autobus i pojechalismy na wschodni brzeg, do Mataram, glownego miasta na wyspie. Tam jednak tylko przesiedlismy sie do minibusu, ktory zawiozl nas do Senggigi. Miasteczko to polozone na polnoc od Mataram jest popularnym kurortem z ladna, lecz zatloczona plaza i licznymi hotelami. Chcielismy tam tylko przenocowac, by nastepnego ranka pojechac wynajetym bemo na przystan, z ktorej plywaja lodzie na trzy koralowe wysepki, zwane potocznie wyspami Gili. Jedna z takich lodzi poplynelismy na najwieksza z nich, Gili Trawangan. Jest tam tez najwiecej hotelikow. Czas mozna spedzac wypoczywajac na plazy, plywajac w morzu lub nurkujac na rafie koralowej. Mozna tez obejsc cala wysepke dookola, co zajmuje najwyzej dwie godziny. Wieczorem zas zapraszaja liczne knajpki, wiele z nich z wielkimi ekranami, na ktorych mozna przez cala noc ogladac filmy w pozycji pollezacej. Leniuchujac tak, spedzilismy na Gili Trawangan prawie dwa dni.

Powrocilismy do Senggigi i po przenocowaniu pojechalismy do portu Lembar, skad zabral nas duzy prom do Padangbai na wschodnim wybrzezu Bali. Znowu bylismy wiec na magicznej wyspie Bali. W ten sposob nasza podroz po wyspach Indonezji zatoczyla kolo i zblizala sie do konca. Teraz skierowalismy sie ku wnetrzu wyspy, chcac poznac niezwykle bogactwo jej kultury. Nasza baza zostalo male miasteczko Ubud. Jest ono "kulturowa stolica" Bali. Mnostwo tam swiatyn, a liczne, male hoteliki zbudowane sa w charakterystycznym stylu balijskich domow, z pieknym ogrodem, fontannami, rzezbami i stylowymi pawilonami, ktorych sciany ozdabiaja plaskorzezby. Wieczorem udalismy sie do jednej ze swiatyn na pokaz tradycyjnego tanca zwanego kecak. Wsrod balijskich tancow, z ktorych kazdy jest niesamowity, kecak wyroznia sie tym, ze zamiast zespolu gamelanowych instrumentow, tancerzom akompaniuje chor polnagich mezczyzn. Taniec opowiada historie z hinduistycznego eposu "Ramajany". Subtelne ruchy tancerzy, zwlaszcza gra palcow, niezwykle otoczenie oswietlone tylko przez pochodnie i akompaniament choru sprawiaja ogromne wrazenie. Na koniec zobaczylismy jeszcze "taniec ognia", podczas ktorego wprowadzony w trans tancerz biegal po rozzarzonych weglach.

Nastepnego dnia pojechalismy zwiedzac wyspe wynajetym bemo. Program zwiedzania byl bardzo bogaty. Zaczelismy od swiatyni-jaskini Goa Gajah. Nastepne byly swiete zrodla Tirta Empul w Tampaksiring. Potem zobaczylismy ogromny krater wulkanu Batur z jeziorem o tej samej nazwie w jego srodku. A stamtad juz niedaleko bylo do Pura Besakih, zwanej "swiatynia-matka". Jest ona bowiem najwazniejsza swiatynia na Bali. W istocie jest to kompleks 23 oddzielnych, ale powiazanych ze soba swiatyn. Zawsze mozna zobaczyc tam jakas hinduistyczna ceremonie religijna. Balijczycy sa bardzo przywiazani do swojej religii i bardzo pielegnuja tradycje. Ich wyspa jest niezwykla enklawa hinduizmu w Indonezji. Uciekajacy z Jawy przed naporem islamu, hinduistyczni krolowie zalozyli na Bali nowe krolestwa i z determinacja bronili swojej niezaleznosci. Ulegli dopiero holenderskim kolonizatorom na poczatku XX wieku. Wracajac do Ubud, zwiedzilismy najwspanialszy palac krolewski na wyspie, Semara Pura w miescie Klungkung. Nie moglismy tez oczywiscie przeoczyc pieknych terasow ryzowych, z ktorych Bali slynie. Objechalismy tego dnia w sumie cala srodkowa i wschodnia czesc wyspy.

Nadszedl ostatni dzien wyprawy. Wieczorem mielismy powrotny samolot z lotniska Denpasar kolo Kuty. Ten ostatni dzien wykorzystalismy zwiedzajac wynajetym bemo inne ciekawe miejsca, glownie w zachodniej czesci Bali. Zaczelismy od wspanialej swiatyni Pura Taman Ayun w Mengwi. Uroku dodaja jej liczne, obsypane kwiatami krzewy bouganivilli, jak rowniez inne kwiaty. Nastepnie zwiedzilismy swiety malpi gaj Alas Kedaton, w ktorym zyja dokarmiane przez wiernych i turystow makaki jawajskie, ale mozna zobaczyc tez wiszace na drzewach wielkie nietoperze owocozerne, zwane "latajacymi lisami". Wreszcie ostatnim punktem zwiedzania byla slynna swiatynia Tanah Lot, zbudowana na skale wystajacej w morze, ktora podczas przyplywu odcinana jest od ladu przez wode. Najlepiej zobaczyc ja o zachodzie slonca. My jednak bylismy tam wczesnym popoludniem, kiedy odplyw morza powoduje, ze mozna wokol swiatyni chodzic sucha stopa. Niestety sama swiatynia nie prezentowala sie zbyt dobrze, poniewaz zastawiona byla rusztowaniami a obok trwaly prace budowlane z uzyciem dzwigow i ciezkiego sprzetu. Na tym zakonczylismy zwiedzanie Bali. Nasza wyprawa tez sie zakonczyla. Pojechalismy na lotnisko. Tydzien pozniej cieszylismy sie, ze wyprawa byla taka udana i ze mielismy tyle szczescia...

Piotr Gaszynski

Uczestnicy wyprawy

Jezeli interesuje Cie udzial w podobnej wyprawie - zajrzyj !


Strona glowna Relacje z wypraw Propozycje wypraw Galeria zdjec Agnieszki Gaszynskiej