WYPRAWA BORNEO 2001

Arek Honysz Marta Starzak-Ogrodnik Jarek Buczek Witek Janiec Zbyszek Rosiek Michal Koltonik Szymon Michna Piotr Gaszynski

Legenda tajemniczej wyspy Borneo. Dzungla, pijawki, lowcy glow... Byla Marzeniem, ktore sie spelnilo. Byla Przygoda, ktorej nie zapomni sie nigdy...

Trasa wyprawy Borneo 2001
Spotykamy sie w Rzepinie, przy granicy z Niemcami. Poznalismy sie przez internet i prawie sie nie znamy. Na dworcu kolejowym czekaja juz koledzy ze Slaska: Zbyszek Rosiek z Gliwic oraz Witek Janiec z Wodzislawia Sl. i Arek Honysz z Zorow, dwaj nierozlaczni przyjaciele. Okazuje sie, ze tym samym pociagiem z Poznania przyjechalem z Szymonem Michna z Trojmiasta. Jakis czas pozniej dolacza do nas Marta Starzak-Ogrodnik z Wroclawia, jedyna kobieta w ekipie. W pociagu do Berlina mamy jeszcze spotkac Jarka Buczka z Rzeszowa. Ostatni, osmy towarzysz podrozy, Michal Koltonik, dolaczy do nas juz w Malezji, na lotnisku w Kuala Lumpur. Po polrocznych przygotowaniach nadchodzi wreszcie ta chwila, kiedy zaczyna sie wyprawa. Jest cieply, sobotni wieczor - 26 maja 2001 roku.

Pierwszy etap to podroz pociagiem do Berlina, skad odlatujemy samolotem. Etap prosty i latwy, gorzej z dostaniem sie o godzinie jedenastej w nocy z Dworca Berlin Zoo-garten na lotnisko Tegel. Cale szczescie, jezdza jeszcze ostatnie autobusy. Lotnisko Tegel zaskakuje nas swoja wielkoscia - jak na stolice Niemiec jest niezwykle male i wrecz prowincjonalne ! Okolo pierwszej w nocy zamykaja lotnisko na cztery spusty a garstke podroznych, glownie nas, oczekujacych na poranne samoloty zaganiaja do jednego pomieszczenia w dolnej kondygnacji. Wreszcie okolo szostej rano otwieraja lotnisko z powrotem i poltorej godziny pozniej odlatujemy do Zurichu. Na nowoczesnym i wielkim lotnisku w stolicy Szwajcarii czekamy kolejne trzy godziny. Pozostal nam juz tylko przelot do Kuala Lumpur.

Dolatujemy tam po ponad dwunastu godzinach spedzonych w powietrzu, przewaznie na wysokosci 10 kilometrow. I tu kolejne zaskoczenie - oddany niedawno do uzytku port lotniczy KLIA jest supernowoczesny i ogromny (w porownaniu do Berlina zwlaszcza). Niestety, znajduje sie on ponad 70 km od malezyjskiej stolicy. Poniewaz mamy az dwanascie godzin oczekiwania na samolot do Kuczingu na Borneo, zabieram grupe do miasta, czyli do KL. Dojazd tam, oczywiscie ten najtanszy, jest dwuetapowy. Najpierw jedziemy autobusem z lotniska na stacje kolejowa Nilai, gdzie przesiadamy sie na pociag podmiejski. Cala ta podroz trwa dwie godziny. Plecaki zostawiamy w poczekalni na dworcu glownym w KL i ruszamy w miasto. Idziemy najpierw do rejonu Central Market, zeby przekasic cos niecos. Pozniej jedziemy metrem do najwyzszego budynku na swiecie (w swojej klasie...) - Petronas Towers. Blizniacze wieze wznosza sie na wysokosc ponad 450 m. W dalszym zwiedzaniu przeszkadza nam ulewa. Jest juz pora sucha, ale to nie znaczy, ze wtedy nie pada... Wracamy na lotnisko.

Lot do Kuczingu, stolicy malezyjskiego stanu Sarawak na Borneo, jest dosc krotki, ale ladujemy w srodku nocy i jedynym sposobem, zeby sie dostac do miasta, jest wziecie taksowki. W hostelu B&B Inn czekaja juz na nas zarezerwowane wczesniej przeze mnie pokoje. Zmeczeni dluga podroza nastepny dzien spedzamy na leniuchowaniu i zwiedzaniu Kuczingu, np. wielkiego meczetu stanowego (Malajowie sa wyznawcami islamu). Nazwa miasta w jezyku malajskim oznacza "kot", stad wiele tam kocich pomnikow, z ktorych najwiekszy jest Wielki Kot z Kuczingu :-)

Pierwsza wycieczke robimy drugiego dnia pobytu na Borneo - prowadzeni przez miejscowego przewodnika, Kenny'ego, odwiedzamy wioske Dajakow z plemienia Bidayuh oraz Centrum Rehabilitacyjne Dzikich Zwierzat Semenggok. Jak inni Dajakowie, rdzenni mieszkancy wyspy, Bidayuhowie mieszkaja w tzw. dlugich domach. Cala wioska zyje w takim domu na palach pod jednym dachem a kazda rodzina ma wlasna czesc, jakby "mieszkanie". W wiosce ogladamy rowniez "dom czaszek", w ktorym plemiency trzymaja czaszki zabitych wrogow. Kenny uspokaja nas, ze nie musimy sie niczego obawiac, poniewaz ostatnie polowania na glowy w tej czesci Borneo mialy miejsce w czasach II wojny swiatowej. Odwiedzamy tez wodza plemienia Bidayuh, zwanych "Dajakami ladowymi" (w przeciwienstwie do "morskich Dajakow" - Ibanow).

Niedaleko od wioski Dajakow znajduje sie Centrum Rehabilitacyjne Dzikich Zwierzat Semenggok. Przyjezdzamy tam specjalnie w porze karmienia orangutanow. Tylko wtedy mozna je zobaczyc, gdyz sa poldzikie i dnie spedzaja wedrujac samotnie po dzungli. Mozliwosc zobaczenia naszych "krewniakow" z bliska i bez krat robi na nas wielkie wrazenie.

Nastepnego ranka opuszczamy Kuczing. Przewodnik Kenny zabiera nas do wioski Dajakow z plemienia Ibanow nad rzeka Lemanak, gdzie bedziemy swiadkami tubylczego swieta zbiorow, zwanego Gawai Dayak. Nieprzypadkowo zaplanowalem wyprawe na Borneo wlasnie w tym terminie :-)
Pierwsze cztery godziny jedziemy samochodem, potem przesiadamy sie do lodzi motorowych. Do dlugiego domu Ibanow nad rzeka Lemanak mozna sie dostac tylko droga wodna. Plyniemy godzine rzeka wijaca sie przez dzungle.

W wiosce zatrzymujemy sie w kwaterach przygotowanych dla gosci. Orzezwiamy sie kapiela w rzece, ktora jest czysta, choc ma kolor kawy z mlekiem. Nad rzeka zaprzyjazniamy sie z miejscowymi dziecmi. Po odpoczynku i lunchu przygotowanym przez Kenny'ego idziemy do dlugiego domu. Trafiamy tam na ceremonie skladania holdu przodkom. Odswietnie ubrani mlodzi mezczyzni strzelaja na wiwat ze sztucerow, podczas gdy starsi probuja odczytac przyszlosc z watrob prosiakow zlozonych przed chwila w ofierze. Dajakowie czestuja nas tuakiem, winem palmowym wlasnej roboty. Tymczasem pod sufitem werandy zauwazamy poczerniale od dymu i starosci "upolowane" czaszki wrogow. Ich widok wywoluje w nas dosc mieszane uczucia. Kenny mowi, ze wielu obecnych tu, starszych Ibanow polowalo dawniej na glowy i niejeden z nich ma kilku zabitych na swoim koncie.

Wieczorem znowu idziemy do dlugiego domu. Rozpoczynaja sie wlasciwe obchody swieta zbiorow, ktore traktowane jest tam jak Nowy Rok. Ludzie pozdrawiaja sie i skladaja sobie nawzajem zyczenia. Choc sa juz chrzecijanami, to jednak wciaz praktykuja czesc dawnych obrzedow i zwyczajow, a szczegolnie mocno jest wsrod nich zakorzeniona wiara w opiekuncza moc przodkow. Uczestniczymy w jednym z takich obrzedow - rytuale skladania ofiary duchom przodkow.
Potem jest "czesc artystyczna". Ogladamy tance wojenne, zwane ngajat, w wykonaniu wojownikow, ktorym towarzysza partnerki. Wojownicy sa polnadzy, za okrycie maja glownie przepaski na biodrach i wspaniale, pelne pior nakrycia glowy. Starsi z nich sa bardzo wytatuowani. W tancu posluguja sie obnazonymi mieczami i kolorowymi tarczami. Ich plynne ruchy maja przypominac lot herbowych ptakow Borneo - dzioborozcow.

Niespodziewanie dowiadujemy sie, ze zaraz odbedzie sie najprawdziwsza ceremonia zaslubin. Panna mloda okazuje sie dziewczyna z dlugiego domu, jej oblubiencem zas Chinczyk z Kuczingu. Oboje sa bogato wystrojeni, sama ceremonia jest rowniez bardzo ciekawa.

Dopiero pozniej zaczyna sie glowna czesc swieta. Kazda rodzina wyklada poczestunek zlozony ze slodyczy, ryzu, roznego jadla i oczywiscie tuaku na werandzie przed swoimi "mieszkaniami". Wszyscy sie nawzajem odwiedzaja, skladaja zyczenia, czestuja jedzeniem i pija tuak. Toasty nie moga sie obyc bez glosnego okrzyku "uuuuuhhhaaaaa". Caly dlugi na 200 metrow dom rozbrzmiewa tymi okrzykami i smiechem. Atmosfera staje sie coraz weselsza, znikaja wszelkie bariery kulturowe. Pozniej dochodza jeszcze wspolne tance. Zabawa trwa do rana.

Nieco zmeczeni ogladamy rano pokaz walki kogutow i strzelania z dmuchawki. Dajakowie zatruwaja swoje strzalki trucizna z drzewa ipoh. Choc coraz czesciej stosuja dzis bron palna, do tej pory jeszcze czesto poluja za pomoca dmuchawek, ktore sa niezawodna i cicha bronia w gestwinie dzungli.

Przed odjazdem z dlugiego domu, Kenny zabiera nas na druga strone rzeki, gdzie na wzgorzu znajduje sie stary cmentarz Ibanow>. Ustawione na grobach dzbany sa swiadectwami zamoznosci zmarlych. Niektore z najstarszych grobow sa "podwojne" - maja zarowno chrzescijanskie krzyze, jak i rodzaj kapliczek z wizerunkiem dzioborozca, dawnego bostwa Dajakow. Kenny mowi, ze osoby te byly po polowie animistami i chrzescijanami.

Sympatyczny Chinczyk zawozi nas jeszcze samochodem do Sibu, gdzie sie rozstajemy. Nastepnego dnia, po prawie calym dniu jazdy autobusami na polnoc, docieramy do Parku Narodowego Niah. Slynie on z jednej z najwiekszych na swiecie jaskin krasowych. U wejscia ma ona 250 m szerokosci! A w najwyzszym miejscu liczy az 60 m! Jestesmy porazeni jej ogromem. Wielka Jaskinie zamieszkuje pol miliona nietoperzy i cztery miliony jaskolek! Gniazda tych ptakow sa poszukiwanym i drogim towarem, z ktorego Chinczycy przyrzadzaja slynna zupe. Dlatego ze stropu jaskini zwieszaja sie drewniane dragi, po ktorych wspinaja sie zbieracze gniazd jaskolczych. Natomiast archeolodzy odkryli w jaskini dowody na to, ze ludzie zamieszkiwali ja juz 40 000 lat temu! U wejscia do Wielkiej Jaskini mozna zobaczyc wykopaliska archeologiczne, zas w sasiedniej Jaskini Malowanej - naskalne malowidla.
W PN Niah odbywamy jeszcze pare ciekawych wedrowek przez dzungle, m.in. dosc wyczerpujace wejscie na strome wzgorze Gunung Subis, z ktorego roztaczaja sie wspaniale widoki. Nocujemy w komfortowych dormitoriach dyrekcji parku, ktore przezornie zarezerwowalem wczesniej.

Po paru dniach spedzonych w PN Niah jedziemy dalej. Docieramy do polozonego okolo 100 km na polnoc lotniska w Miri, skad lecimy malym samolocikiem Twin Otter do lezacego w glebi wyspy Parku Narodowego Gunung Mulu. Juz niedlugo po starcie widzimy jak pod nami rozposciera sie zielony dywan nieskonczonego obszaru dzungli, ktory czasem przecina mleczno-kawowa wstega meandrujacej rzeki. Kiedy zblizamy sie do celu, otwieraja sie przed nami gory rowniez pokryte dzungla. Ladowisko w Mulu to zaledwie kawalek asfaltu i nieduzy domek na wielkiej polanie wycietej w sercu tej ogromnej puszczy.

Meldujemy sie w dyrekcji parku i rozlokowujemy w zarezerwowanym wczesniej przez mnie, duzym dormitorium. Jeszcze tego samego wieczora idziemy pod Jaskinie Jelenia. Przed jej wejsciem znajduje sie "obserwatorium nietoperzy", ktore w pogodne wieczory wylatuja wielkimi stadami z jaskini. Jest to niesamowite widowisko przyrody. Tysiace latajacych ssakow formuja wtedy fantastycznie wijace sie "strumienie", ktore z zapadajacym zmrokiem rosna w coraz dluzsze i wieksze "rzeki" nietoperzy.

Sama Jaskinie Jelenia ogladamy nastepnego dnia. Ogromem dorownuje Wielkiej Jaskini z PN Niah, a nawet robi jeszcze wieksze wrazenie, gdyz ciagnie sie w niej najwieksze przejscie na swiecie, siegajace 90 m wysokosci i tworzace gigantyczna hale, ktora przywodzi na mysl czasy dinozaurow. Wrazenia dopelniaja rosnace przed jej wejsciem drzewiaste paprocie.
Odwiedzamy tez trzy inne wielkie jaskinie PN Gunung Mulu: lezaca blisko Jaskini Jeleniej, najmniejsza z nich - Jaskinie Lang'a oraz Jaskinie Wietrzna i Czystej Wody, do ktorych musimy wedrowac godzine przez dzungle. W tej ostatniej plynie duza podziemna rzeka. Z orzezwiajacej kapieli w niej korzystamy jednak dopiero po wyjsciu z jaskini. Do dyrekcji parku wracamy lodzia motorowa, mijajac po drodze osade Penanow, dawniej koczujacych w lasach Borneo.

Naszym glownym celem wizyty w PN Gunung Mulu jest jednak trekking w dzungli. Pierwszy etap to podroz dluga lodzia motorowa w gore rzeki Sungai Melinau do miejsca zwanego Long Berar, gdzie rozpoczniemy piesza wedrowke. Jest pora sucha i wartka rzeka w wielu plytszych miejscach odslania groznie wygladajace bystrzyny. Czasem pomocnik sternika wysiada i przepycha lodz po kamieniach. Musimy tez uwazac na liczne pnie powalonych drzew, ktore leza w wodzie. Tymczasem zaglebiamy sie w wibrujacy przeroznymi dzwiekami, zielony ogrom puszczy. Przed nami pietrza sie strome gory.
Po godzinie zmagania sie z rzeka docieramy do Long Berar. Wyladowujemy plecaki na brzeg, natomiast lodz wraca do dyrekcji parku. Przyplynie po nas dopiero za kilka dni. Zostajemy sami w sercu dzungli. Szybko odnajdujemy sciezke. Wchodzimy na Szlak Lowcow Glow, ktorym w dawnych czasach poruszaly sie grupy wojownikow z dajackiego plemienia Kayan podczas wypraw wojennych. Przed nami trzy godziny marszu do obozu Camp 5, naszej bazy na czas trekkingu.

Marsz przez dzungle przypomina wedrowke w krainie olbrzymow. Idziemy waskim korytarzem sciezki wycietym w gaszczu dzungli, ktorego sciany tworza potezne drzewa. Zwieszaja sie pokrecone liany a kolczaste palmy groza poranieniem. Od czasu do czasu przechodzimy w brod strumienie. Ich woda czesto zabarwiona jest tanina z opadlych, rozkladajacych sie lisci i wyglada jak herbata. Przeprawy przez strumienie orzezwiaja nas nieco, bo ogolnie jest strasznie parno i goraco, pot splywa nam po plecach i czolach. Na ramionach ciaza plecaki, ktorych ciezar powiekszyl prowiant na okres trekkingu. W wielu miejscach jest bloto i rozlegle kaluze, slizgajac sie probujemy je okrazac. Przelazimy przez upadle kolosy drzew a gdzieindziej pod polamanymi nareczami bambusow. I jakby wszystkiego bylo malo... dopadaja nas pijawki! Na postoju, podczas ktorego wykrecamy przesiakniete potem koszulki, zrywamy przyssane do nog pasozyty.

Jak na oboz zagubiony w bezmiarze puszczy rownikowej, Camp 5 okazuje sie bardzo komfortowy. Jest tam drewniany budynek z salami, w ktorych znajduja sie drewniane podesty do spania (przydaja sie nam karrimaty), ponadto kuchnia i toalety. Polozenie obozu jest niezwykle malownicze, otaczaja go bowiem z jednej strony pionowe, wapienne sciany gory Gunung Benerat, z drugiej zas - strome zbocza gory Gunung Api, tworzac majestatyczny wawoz rzeki Sungai Melinau. Z kapieli w krystalicznie czystej, choc rwacej rzece korzystamy tez wkrotce po zakwaterowaniu sie w obozie.

Wedrowke Szlakiem Lowcow Glow kontynuujemy nastepnego dnia. Tym razem idziemy bez bagazy, ktore zostaja w Camp 5. Odciazeni mozemy lepiej przyjrzec sie przyrodzie lasu deszczowego. Po dwoch godzinach marszu docieramy do miejsca zwanego Lubang Cina nad rzeka Sungai Terikan w jej gornym, jeszcze dosc watlym biegu. W przeszlosci lowcy glow przeciagali swoje lodzie miedzy rzekami Sungai Melinau i Sungai Terikan, a sluzyl do tego szeroki na 3 m trakt, po ktorym zostala dzis tylko waska sciezka. W miejscu Lubang Cina przez rzeczke przerzucony jest linowy most wiszacy, po drugiej stronie jest zas tylko bardzo spartanskie schronienie.

Jednym z glownych powodow naszego przybycia do obozu Camp 5 jest wejscie na punkt obserwacyjny, skad mozna zobaczyc niezwykle formacje skalne, tzw. Pinnacles. Sa to wysokie na 45 m iglice skalne, ktore wystaja ponad sklepienie lasu na zboczach gory Gunung Api. Prowadzi do nich bardzo stromy, trudny i wyczerpujacy szlak, ktorym mozna isc jednak tylko wtedy, kiedy nie pada deszcz. Jezeli bowiem pada, wspinaczka, a zwlaszcza zejscie z gory robia sie zbyt niebezpieczne. Podczas wedrowki trzeba czasem korzystac z lin, a w kilkunastu miejscach znajduja sie drabinki ustawione nad skalnymi rozpadlinami. Niebezpieczenstwa te uswiadamiaja nam dwie rangerki, ktore opiekuja sie obozem Camp 5. Maja one tez obowiazek prowadzenia turystow na punkt widokowy. Ale - stawiaja warunek - idziemy tylko wtedy, kiedy nie pada!

Niestety, nastepnego ranka kropi deszcz. Wprawdzie jest pora sucha, ale w gorach wnetrza Borneo objawia sie ona tylko mniejsza intensywnoscia i dlugotrwaloscia opadow. Parktycznie codziennie pada, albo rano albo popoludniu. Nie sa to jednak wielodniowe ulewy pory deszczowej, ktore trudno nam sobie nawet wyobrazic.

Rangerki odmawiaja prowadzenia nas na gore. - W takim razie idziemy sami, na wlasna odpowiedzialnosc i wlasne ryzyko. - Kilku zdesperowanych kolegow podejmuje decyzje. - Najwyzej zawrocimy, jezeli bedzie zbyt niebezpiecznie. - Popoludniu, po ich powrocie okaze sie, ze nie bylo tak zle, dotarli do punktu widokowego, choc nie obylo sie bez drobnych skaleczen na ostrych jak brzytwy skalach u wierzcholka.

Tymczasem rangerki proponuja reszcie grupy alternatywna wycieczke na wzgorze, na ktorym rosnie kilka gatunkow dzbanecznikow, dziwacznych roslin owadozernych o lisciach przekszalconych w swoiste "dzbanki", do ktorych zwabiaja swoje ofiary. I ta wycieczka, nie tak ryzykowna jak wejscie na punkt widokowy Pinnacles, okazuje sie bardzo interesujaca.

Po czterech dniach penetrowania okolic obozu Camp 5, wracamy do cywilizacji. Idziemy w strugach deszczu, brnac przez bloto i kaluze, ukryci pod pelerynami, atakowani przez pijawki. Nad rzeka czeka na nas umowiona lodz, ktora plyniemy do dyrekcji parku.

Nastepnego dnia odlatujemy do Miri. Na nasza prosbe pilot prowadzi samolot nad Pinnacles. Dzieki temu wszyscy mozemy je zobaczyc z lotu ptaka. Reszte dnia spedzamy w autobusach, wieczorem docierajac do Sibu. Nazajutrz, przed opuszczeniem miasta zwiedzamy chinska swiatynie Tua Pek Kong. Do Kuczingu plyniemy duza i szybka lodzia morska, najpierw do ujscia rzeki Batang Rejang a potem przez wody zatoki Telok Datu.

To nasze ostatnie dni na Borneo. Spedzamy je w Parku Narodowym Bako. Zeby sie don dostac, jedziemy najpierw autobusem do wioski Kampung Bako, skad dalsza droge przebywamy lodzia. Mkniemy, rozbryzujac fale, przez plytkie przybrzezne wody Morza Poludniowochinskiego. Po przybyciu musimy wysiasc z lodzi przed plaza i brnac do niej w wodzie po kolana. Jest odplyw i lodz nie moze przybic do pomostu. To ladowanie ma jednak swoj urok, witaja nas pioropusze strzelistych palm kokosowych, bialy piasek i okalajace zatoczke, fantastycznie zerodowane klify piaskowcowe. Jest rajsko... Znalem ten park narodowy juz z poprzedniej wizyty na Borneo, wiedzialem wiec co zostawic grupie na "deser" naszej wyprawy :-)

Pamietalem rowniez, ze PN Bako to najlepsze miejsce w Sarawaku do obserwacji dzikich zwierzat. Juz idac do naszych kwater, napotykamy walesajace sie po terenie dyrekcji parku, borneanskie swinie brodate. Wkrotce tez zauwazamy wszedobylskie i zuchwale makaki jawajskie, malpy, ktore slyna ze swej zlodziejskiej natury. Jednak prawdziwym rarytasem sa zyjace wylacznie na Borneo nosacze. Te dziwne malpy o nienaturalnie wielkich nosach obserwujemy w lesie namorzynowym, gdzie zajete sa zajadaniem lisci. Nieco dalej widzimy tez warana paskowego, jak plynie miedzy stojacymi w morskiej wodzie drzewami namorzynowymi.

Wedrujac sciezka przez las deszczowy pokrywajacy nadbrzezne klify>, docieramy do malej, ukrytej wsrod skal zatoczki Telok Paku. Odpoczywamy na plazy i delektujemy sie kapiela w cieplych wodach Morza Poludniowochinskiego.
Nastepnego dnia idziemy na inna, dalej polozona i jeszcze bardziej "tajemnicza" zatoczke - Telok Pandan Kecil. Najpierw jednak musimy wdrapac sie na plaskowyz, ktory wienczy wzgorza polwyspu Bako. Roslinnosc na plaskowyzu rozni sie diametralnie od nizej polozonego lasu deszczowego. Tworzy formacje zwana kerangas, przypominajaca busz zlozony z odpornych na brak wody i skladnikow odzywczych roslin, ktore radza sobie badz wchodzac w symbioze z owadami (tzw. rosliny mrowkowe z charakterystycznymi "naroslami" gniazd mrowczych) badz owady te zjadajac (dzbaneczniki). Wspinaczka stromym zboczem a pozniej godzinny marsz w upale przez suchy busz kerangas i place nagich skal, rekompensuje nam relaks na plazy, jakby wyjetej zywcem z opowiesci o piratach morz poludniowych. Wieczorem, po powrocie do dyrekcji parku, ogladamy wspanialy zachod slonca nad morzem.

Przychodzi koniec naszego pobytu na Borneo. Wracamy do Kuczingu, dokonujemy ostatnich zakupow pamiatek w sklepach przy ulicy Main Bazaar, gdzie mozna kupic wszystko, poczawszy od masek a skonczywszy na dmuchawkach, i odlatujemy do Johor Bahru, ktore lezy na Polwyspie Malajskim. Naszym ostatnim celem jest graniczacy z Johor Bahru Singapur.

I tak trafiamy z zielonej dzungli rownikowej do miejskiej dzungli betonowo-metalowo-szklanej, w ktorej kroluja wiezowce. Szczegolnie ciekawie prezentuja sie one wieczorem, zwlaszcza "manhattan" nad rzeka Singapore, naprzeciwko miejsca, w ktorym w 1819 roku wyladowal Sir Thomas Stamford Raffles, zalozyciel wspolczesnego Singapuru. Dawna kolonia brytyjska jest dzis niepodlegla i ma wlasny parlament.

Ale poza nowoczesnym centrum, jest w Singapurze wiele innych ciekawych miejsc, przede wszystkim swiatynie roznych religii. Zdecydowanie najwiecej jest swiatyn chinskich, jakoze miasto zdominowane jest bardzo wyraznie przez Chinczykow. Najstarsza i jedna z najbardziej kolorowych to Thian Hock Keng.Rowniez mniejszosci zyjace w Singapurze maja wlasne swiatynie. Jedna z najciekawszych hinduskich swiatyn w dzielnicy Male Indie jest Sri Veeramakaliamman, dedykowana bogini Kali. Natomiast w muzulmanskiej dzielnicy wokol Arab Street znajduje sie Sultan Mosque, najwiekszy meczet w Singapurze. Zeby moc do niego wejsc w przypadku, gdy odzienie nie jest dosc zakrywajace, nalezy zalozyc zielony plaszcz. I kazdy turysta chetnie go przywdziewa. Buddysci tez maja swoje swiatynie, z ktorych najslynniejsza jest Swiatynia Tysiaca Swiatel.

Niestety, nasza wyprawa dobiega konca. Trzeba wracac. Do samolotu wsiadamy juz w Singapurze, ale lecimy na razie tylko do Kuala Lumpur. W wielkim porcie lotniczym stolicy Malezji czekamy pare godzin na samolot do Zurichu. Nastepnego dnia okolo poludnia jestesmy juz w Berlinie. Rozstajemy sie, kazdy wraca do kraju na wlasna reke. Po trzech tygodniach wspolnych przygod i 2000 kilometrow przebytych na Borneo (nie liczac tych tysiecy kilometrow, ktore przelecielismy samolotami) nasza wyprawa konczy sie 17 czerwca 2001 roku.

Zegnaj Borneo ! Zegnaj Wielka Przygodo !
A moze... do zobaczenia za rok ! :-)

Piotr Gaszynski - "wychowawca"

Jezeli interesuje Cie udzial w podobnej wyprawie - zajrzyj !


Wrazenia Marty Starzak-Ogrodnik z wyprawy Borneo 2001 - przeczytaj !

Uwaga ! Zdjecia z Borneo mozna tez zobaczyc na stronach:

- Zbyszka Roska - http://www.zr.rsi.pl
- oraz Piotra Sroczynskiego - http://lodd.p.lodz.pl/~piotr

Strona glowna Relacje z wypraw Propozycje wypraw Galeria zdjec Agnieszki Gaszynskiej